niedziela, 4 października 2015

"Draco, Hogwart, nienawiść czy miłość ?" cz.6

Dla Alice pakowanie swoich rzeczy było trochę uciążliwe ale nie na tyle żeby ją to męczyło. Na szczęście nie wypakowała się do końca, dlatego rzeczy do spakowania miała dość mało. Sama myśl o tym,że będzie musiała wytrzymać z Malfoyem chodźby 15 minut ją obrzydzała a co dopiero cały rok szkolny. "Gorzej być nie mogło..." pomyślała i położyła się na łóżku ciesząc ostatnimi chwilami wolności.
 Niestety chwila wolności tak szybko jak przyszła ,równie szybko odeszła.Wybiła godzina spotkania z McGonagal. 
 Obok jej gabinetu stał już Draco z wyraźnie nie zadowoloną miną. Z resztą trudno my było się dziwić. Oby dwoje byli tak samo niezadowoleni. Żadne z nich nie zapalało się do rozmowy dlatego czekali w kompletnej ciszy którą co jakiś czas przerywało tykanie pobliskiego zegara. Z gabinetu równo o godzinie spotkania wyszła profesor Minerva. Z tak samo poważną mina jak praktycznie za każdym razem kiedy ją widzieli.
-Widzę, że wszystko macie. Proszę za mną.-powiedziała szorstko, i kiwnęła na nich głową.
 Ruszylidrsznie za kobietą , nadal się nie odzywając. Szli przez mnóstwo korytarzy których jeszcze nigdy Alice nie widziała. Przeszli na drugie piętro i skręcili na lewo zaraz za posągiem ogromnego niedźwiedzia, za którym było równie duży obraz na którym siedziała drobna staruszka bujająca się w starym drewnianym fotelu.
-Hasło do waszego pokoju wspólnego to "czekoladowe żelki".( Jestem bardzo kreatywna. Wiem. Ale kiedy myślę o czekoladowych żelkach to, to musi być obrzydliwe XD ) A teraz wejdźcie do pokoju odłóżcie swoje rzeczy, przebierzcie się z mundurków w coś wygodnego i najlepiej coś co może się ubrudzić, załóżcie na to tylko szatę i wróćcie tutaj. Macie 3 minuty.-powiedziała i ponownie kiwnęła głową tym razem wskazując na staruszkę. Alice jako pierwsza się ruszyła więc to również ona wypowiedziała hasło.
-Czekoladowe żelki!-powiedziała po czym obraz się rozsunął. Alice ruszyła dość niepewnym krokiem na przód. Na początku pomyślała, że pokój będzie wyglądał podobnie do tego u Gryfonów ale dopiero jak weszła do środka zdała sobie sprawę z tego jak bardzo się myliła.
 Jej oczom ukazał się ogromny pokój który był ozdobiony wszystkimi kolorami domów. Na ścianie po lewej był kominek który buchał ogniem, na przeciw niego stała skurzana ciemna sofa oraz dwa fotele. Na scianie na wprost byly duze drzwi ktore prowadziły do łazienki. Po prawej stronie stal styl z czterema krzesłami,

niedziela, 20 września 2015

"Draco, Hogwart, nienawiść czy miłość ?" cz.5

 Kolejna lekcja mijała tak samo nudno i powoli jak poprzednia. Może to przez fakt że Alice przerobiła już większość tych tematów w starej szkole i nie miała ochoty słuchać o tym kolejny raz.
Przez wszystkie lekcje siedziała sama albo z kimś kogo nie znała. Ona była znudzona ale kiedy patrzyła na Hermionę która była bardzo podekscytowania dawką nowej wiedzy robiło jej się milej na sercu. Przez resztę czasu spędzonego w klasie bazgrała coś po blacie biurka, ale coś było nie tak. Wyraźnie czuła jak ktoś się na nią patrzy. Aż jej nie dawno krwawiący nos zaczął boleć,ale kiedy rozejrzała się po klasie nikt się na nią nie patrzył."Wydaje mi się" pomyślała i wróciła do czynności które wcześniej wykonywała. Na przerwie wpadła na Nevilla któremu książki posypały się z rąk.
-Oj. Przepraszam. -powiedziała i od razu zabrała się do podnoszenia książek.-Wszystko w porządku ?-Tak. Nic mi nie jest. Dzięki...-powiedział.
-Niesiesz je gdzieś ?
-Tak.. muszę je zwrócić do biblioteki.
-Pomogę ci.-powiedziała ochoczo zabierając kilka książek od Nevilla.
-Nie... Nie trzeba. Na prawdę. Dam sobie radę.-odpowiedział a jego policzki stały się koloru niedojrzałej maliny.
-To nic. Bardzo chętnie ci pomogę. Poza tym to bardzo duża ilość książek. I nie byłam jeszcze w bibliotece.
-Ale za chwilę jest lekcja... spóźnisz się.
-To nic. Chodźmy.-powiedziała i ruszyła przed siebie, po czym zawróciła i powiedziała do chłopaka.-Może lepiej ty prowadź.-uśmiechnął się nieśmiało i wskazał głową przeciwny kierunek. Przez resztę drogi do biblioteki gadali o jakiś pierdołach. Na przykład o tym kto uczył kiedyś czarnej magii i tym podobne rzeczy.  Alice porozglądała się jeszcze chwilę w bibliotece  i każde z nich poszło w swoją stronę. Neville nie szedł do klasy bo miał coś do zrobienia więc Alice była zdana na siebie. Oczywiście, zgubiła się. Po pół godzinie chodzenia po zamku miała już dość i usiadła na kamiennym parapecie jednego z okien. Miała wrażenie że szkoła (a zwłaszcza skrzydło w którym się znajdywała ) było puste. Alice miała przez chwilę wrażenie jakby w całej szkole pozostała tylko ona. Nie opłacało jej się iść na lekcję bo po pierwsze o tak by nie zdążyła a po drugie nawet by tam nie doszła. Alice wymacała (ale to głupio brzmi) w kieszeni mp3 i zaczęła słuchać sobie muzyki. Zeszła z parapetu i chodziła bezwiednie po korytarzu.  Muzyka była silniejsza i pomimo tego,że nie chciała zaczęła mimowolnie podśpiewywać piosenkę która aktualnie leciała.
-Words you say that we can't see...-zaczęła śpiewać tak cichutko,że ledwo sama słyszała.-They hit and they are killing me.. You don't konow how I feel inside, You don't know just how much I tried.-jej głos stawał się coraz głośniejszy i mocniejszy, ale po chwili stawał się coraz cichszy i zaczął się załamywać. Był przepełniony emocjami. Alice  napisała tę piosenkę kiedy była na trzecim roku w Rinmaru. Miała wtedy ciężki okres. Po policzkach zaczęły spływać jej łzy i szata powoli zaczynała być mokra. "Ogarnij się!" pomyślała. "Teraz wszystko jest w porządku...". Wytarła rękawem szaty buzię i poszła przed siebie, nie bardzo wiedząc dokąd zmierza. Po kolejnych piętnastu minutach błąkania się po korytarza znalazła wyjście na błonie. Była niesamowicie szczęśliwa,że jest wreszcie miejsce które poznaje. Korzystając z okazji,że się tam znalazła położyła się na molo, włożyła nogi do zimnej wody w jeziorze i rozkosozwała się tą chwilą. Przyjemny wietrzyk rozwiewał jej włosy a woda która otulała jej stopy ochładzała ją przez co nie czuła tego gorąca jakie panowało na dworze. Był wrzesień a mimo to pogoda była przepiękna. Alice na chwilę zamknęła oczy i odleciała.
 Po kilkunastu minutach drzemki rozbudził ją dźwięk dzwona który obwieszczał koniec kolejnej lekcji. Kiedy Alice spojrzała na zegar zdała sobie sprawę że właśnie przespała resztę lekcji.
-O nie... profesor McGonagal mnie zabije...miałam być po lekcjach u niej w gabinecie.....-powiedziała cicho do siebie i wyciągnęła nogi z wodu, które teraz były pomarszczone i brzydkie. Alice nawet się nie osuszając założyła na siebie buty a skarpetki schowała do kieszeni w szacie. Wzięła ze sobą torbę, przerzuciła ją przez ramię i pobiegła w kierunku szkoły co jakiś czas wpadając na innych uczniów. Przez przypadek znowu wpadła na Nevilla, ale tym razem nic nie niósł.
-Sorki!-krzyknęła tylko nie przestając biec. Do gabinety pani profesor dotarła po dość długim czasie, cała zdyszana i mokra, od wody w jeziorze i potu. Można wręcz powiedzieć,że tam wpadła.
-Przepraszam... za ... spóźnienie..-wydyszała.
 Na krześle po jednej stronie biurka siedziała profesor McGonagal a jej mina była tak samo napięta jak zawsze. Wskazała na krzesła po drugiej stronie biurka. Na jednym z nich siedział już Malfoy wielce rozbawiony tym,że na miejsce przybył jako pierwszy. Alice bez słowa usiadła obok ślizgona nie zwracając na niego chodźby najmniejszej uwagi.
-Cieszę się,że jesteście. A więc pora na to abyście poznali waszą karę.-powiedziała spokojnie nie zmieniając wyrazu twarzy.- Razem z profesorem Snapem, stwierdziliśmy,że odpowiednią kara za wasz głupi wybryk będzie...-chwila ciszy która sprawiła że atmosfera była napięta.-Sprzątanie klasy  13 w lochach. I macie to zrobić bez pomocy czarów. Tylko wasze ręce. Zrozumiano?
-Ale.. pani profesor..-odezwał się Malfoy.-Tej sali nie sprzątano od wieków... jak my niby mamy to posprzątać ? Przecież to zajmie nam miesiąc.-powiedział a w jego głosie dało się wyczuć złość i nutkę żalu.
- Jeżeli zrobicie to RAZEM pójdzie wam o wiele szybciej. Mam nadzieję że zastanę te klasy w stanie takim jak sprzed kilkuset lat.-powiedziała lekko rozbawiona poprawiając swoje okulary.-Któyś z nauczycieli będzie przychodził do was co jakiś czas i sprawdzał wasze postępy w pracy,oraz to czy nie złamaliście zasady i nie użyliście magii. Zbiórka jest za dwie godziny przed moim gabinetem. Rozumiemy się ?
-Tak..-odpowiedzieli wspólnie. Kiedy Alice już wstawała zatrzymał ja głos nauczycielki.
-I jeszcze jedno. Od dzisiaj będziecie mieli razem pokój w dormitorium prefektów. Oraz będziecie młodszymi prefektami.
-CO?! -Malfoy aż poderwał się z krzesła kiedy to usłyszał.Na jego twarzy nie było widać żadnych innych emocji oprócz wśiekłości i zdziwienia. Ale złość przeważała bo aż zmarszył brwi z niezadowolenia.
-Pani profesor,-odezwała się Alice która jeszcze w miarę myślała racjonalnie.-Ale tak nie można.... Wie pani, chłopak i dziewczyna w jednym pokoju ? Przecież to.. A co jak coś się stanie ?
-Nie sądzę abyście mieli od razu zrobić sobie dzieci dzieląc ze sobą pokój. -odpowiedziała chichocząc -Macie się dogadać. Tak długo jak nie będziecie ze sobą współpracować nie odpuszczę wam. I na nic zdadzą się wam zaklęcia.
-Ale ja nie chcę z nim pokoju!
-A ja nie chcę z nią !
-Mam być szczera? W nosie to mam. Dostałam takie instrukcję i będę ich przestrzegać. A wy nie macie nic do gadania. Widzimy się za dwie godziny pod kabinetem, i macie mieć ze sobą wasze spakowane wasze rzeczy. Resztę powiem wam później. A teraz sio mi stąd.-powiedział i za pomącą czarów wyrzuciła ich z sali, zamykając za nimi drzwi.
-Jezu... gorzej być nie mogło..-powiedział Malfoy.-Niech tylko mój ojciec się o tym dowie...-krzyknął w stronę drzwi.-A ty się nawet nie waż do mnie zbliżać !
-A kto by chciał być blisko ciebie ?! Jesteś głupi, czy co?!
-Dobra! Zamknij się,już.
-Sam się zamknij. AH...idę stąd! I nawet nie licz na to że ci pomogę w tym sprzątaniu !-krzyknęła odchodząc i tupiąc tak mocno że miała wrażenie że za chwilę podłoga się załamię.
 Kiedy dotarła do pokoju wspólnego Gryffindor'u od razu spostrzegła swoich kolegów którzy odrabiali swoje zadania domowe.
-Cześć..-wysyczała siadając przy stole.
-Hej! Gdzieś ty była?! Nie było cię na lekcji! To twój pierwszy dzień nauki a ty.... ty...-Hermiona przestała krzyczeć i umilkła.-Coś się stało? Dlaczego jesteś zła?-zapytała już spokojnie. Wiedziała że zła kobieta to nie dobra rzecz więc postanowiła do sprawy podejść spokojnie.
-Nie przyszłam na lekcję bo się zgubiłam.
-Ale przecież szłaś za nami...-powiedział zdziwiony Harry. Alice zaczęła opowiadać o tym dlaczego nie przyszła na lekcję, o jej spotkaniu u McGonagal i o jej każe.
-Totalnie oburzające!-krzyknęła Hermiona, aż większość Gryfonów spojrzała na nią ciekawi jej uniesienia.-Jak ona mogła...-powiedział już ciszej i spokojniej.
-No własnie... Przecież Harry i Malfoy nie znoszą się od pierwszej klasy a jakoś do tej pory nie ukarała ich w ten sposób.-powiedział Ron.
-To prawda.-potwierdził Harry.
-Ale podejrzewam,że nie pobiłeś się z nim w pierwszy dzień nauki....-odpowiedział załamana Alice.
-Może z nią pogadamy i przekonamy ją do tego żeby dała ci spokój ?Wtedy na..-zapytał Harry z nadzieją.
-Nie sądzę aby to poskutkowało-przerwała mu Hermiona- Przecież wiesz jaka ona jest. Kiedy coś postanowi to już koniec.-nastała cisza. Nagle Ron podszedł do Alice i położył jej rękę na ramieniu, wziął głęboki wdech i powiedział.-Miło było cię poznać,przykro mi,że tak się kończy nasza znajomość.-Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- A teraz mam pytanie... -powiedziała przez łzy Alice.- Kto da mi spisać zadanie domowe ?

czwartek, 3 września 2015

"Draco, Hogwart, nienawiść czy miłość ?" cz.4

Kiedy zeszła na dół na śniadanie na sali był już Harry i Hermiona.
-Dzień dobry.-powiedziała ospale.
-Dobry.-odpowiedzieli wspólnie uśmiechając się.
-Co mamy jako pierwsze ?-zapytała nalewając sobie owsianki i posypując je owocami.
-Lekcje zaczynamy dopiero za godzinę.-odpowiedział Harry.
-To co tutaj robicie tak wcześnie ?
-Miona idzie na dodatkowe zajęcia z zielarstwa na ósmą, a ja idę na trening.
-Co trenujesz ?
-Jestem w drużynie quiddicha.-powiedział bardzo dumny z siebie.
-Na jakiej pozycji grasz ?-zapytała bardzo poruszona.
-Szukający.
-Wow. Zazdroszczę, i to bardzo.
-Lubisz tę grę ?
-Też mi pytanie. Własnie rozmawiasz z szukającym Rinmaru! Znaczy... byłym szukającym..ale no wiesz o co mi chodzi.
-Wow. To super. Jeżeli chcesz możesz iśc ze mną i popatrzeć,a potem pójdziemy na lekcje.
-Jasne! No to chodźmy.Do zobaczenia Hermiono!-krzyknęła i pobiegła za Harrym na boisko.

 Usiadła na trawie i przyglądała się treningowi Gryfonów. Trochę Alice było tęskno za grą lecz mimo to nie pchała się na miotłę. Kiedy była jeszcze w starej szkole podczas jednego z meczu tak ślepo goniła za zniczem że nie zauważyła jednego z graczy i uderzyłą w niego z ogromną szybkością. Przy czym straciła przytomność i spadła na ziemię z wysokości  6 piętra. Prawie się zabiła. Gdyby nie kolejna osoba w którą uderzyła (i zamortozywała upadek) juz dawno by nie żyła. Na szczęście skończyło się na kilku połamanych żebrach, złamanej kości udowej i złamanej kości z przemiesczeniem w prawej ręce. Na szczęście dość szybko się z tego wylizała. Od tamtej pory nie grała ani nawet nie latała. Nie miała ochoty ponownie spodkać się z ziemią. Lecz mimo tego miło było popatrzeć jak ktoś inny gra.Brakowało jej troszkę tego dreszczyku emocji ale wolała nie ryzykować. Nagle widok zasłoniło jej kilka osób w czarno zielonych szatach. Było to Malfoy i jego koledzy którzy stanęli kilkanaście kroków przed nią i oglądali zmagania gryfonów. Stanęli dość daleko od niej ale nie na tyle aby nie słyszała o czym mówią. Lecz mimo to nie przysłuchiwała się za bardzo. NIe obchodziło ja o czym oni ze sobą rozmawiali. Ale i tak się odezwała.
-Ej! Panowie, nie jesteście przezroczyści, wiecie ? Więc może odsuniecie się łaskawie ?!-zapytała ostro, i czekała na reakcję. Pierwsi odwrócili się towarzyszę chłopaka. Oby dwoje byli tędzy oraz mieli tępe spojrzenia. Zmierzyli Alice wzrokiem i zaczęli szeptać coś do Dracona. Chłopak obrócił lekko głowę,spojrzał na Alice i nonszalancko podszedł do niej.
-Masz jakiś problem ?-zapytał uśmiechając się drwiąco.
-Tak się składa że mam. Mianowicie stoicie mi w polu widzenia. Więc może suniecie dupska w drugą stronę ?-odpowiedziała uśmiechjąc się życzliwie.
-Groźnie. A co ? Masz jakis problem ze wstaniem ? Jak ci nie pasuje że tutaj stoimy to pójdź gdzie indziej. -prychnął na nią.
-Nie dzięki, To miejsce jest ok. A jakbym cię nie widziała było by jeszcze lepsze.
-Ah tak? Co, przeszkadzam ci w oglądaniu twojego kochasia ? -towarzysze chłopaka zarechotali.
-Tak.Bardzo mi przeszkadzasz w oglądaniu ćwiczeń Gryfonów. A ty ? CO tutaj robisz ? Stęskniłeś się za Harrym? Słodko.-odpowiedziała ponownie się uśmiechając. Chłopak zrobił się różowy ze złości.
-Tak się składa że oglądam to tylko dlatego aby poznać taktykę Pottera. Jak byś nie wiedziała ja również jestem szukającym.Ty idiotko.-odpowiedział dumy ze swojej pozycji.
- Więc ty również jesteś szukającym ? Super...-dodała cicho,z nadzieją że chłopak nie dosłyszał.
-Wiem. Niesamowite, prawda ?-jednak czułe ucho Ślizgona nie przepuściło tych słów pochwały.
-Widziałaś kiedyś mecz? Pewnie nie. -zapytał nadal opryskliwie.
-Właśnie że tak. Tylko nie widziałam teego z trybun, a z góry.-wskazała na Harrego.
-A więc ty również gryywasz w ten cudny sport ?-jego twarz przestała być różowa i wróciła do swojego bladego odcienia,lecz w jego oczach pojawił się błysk.
-Tak. Ale to już dawno. Stare dzieje. Teraz się w to nie bawię.
-Pewnie byłaś za słaba i wyrzucili cie z drużyny! Kto by chiał taką szlamę w drużynie ?
-PO pierwszę. Uważaj na słowa. PO drugie, wclae mnie ine wyrzucono, a po trzecie nie jestem szlamą! -krzyknęła podnosząc się z ziemi i przykładając sowja rószczkę do jego szyi.
-Uspokój się.-odpowiedział niewzruszony. Lecz nie został jej niczego winny. On również chwycił za różczkę. Słońce przykryły chmury a wiatr zaczął dmuchać coraz mocniej.
-Prosisz się o lanie. CO Malfoy?-zapytała niespuszczając wzroku ani nie opuszczając rószczki.
-Chciała byś.-jego spojrzenie było lodowate. Przez chwilę Alice poczuła jak przeszywa ją dreszcz. Oddalili się od siebie a kołonuch zaczynąło sie schodzic widowisko. Stali na przeciwko siebie i wpatrywali w sibię jakby chcieli zabic się samym wzrokiem. I wtedy..
-Ascedio!-krzyknęła Alice i Dracona odrzuciła w powietrze na kilka metrów. Upadł prosto na plecy ale po mimo wykrzywinie twarzy nic więcej mu się nie stało. Wstał i ..
-Expelliarmus!-różczka Alice wypadła z jej ręki.-Accio!-Draco przechwycił przedmiot machając nim jak kijem który znalazł gdzies w parku.
- I co teraz zrobisz ?-zapytał śmiejąc sie głośno. Lecz ALice nie należała do sobó z którymi można sobie pogrywac w ten sposób. Magia to nie jedyny sposób aby się bronić. Zaczęła biec w jego stronę a kiedy znalazła isę dostatecznie blisko odbiła się od ziemi i kopnęła go obunóż prosto w klatkę. Chłopak upadł i splunął krwią lecz szybko wstał i rzucił się na dziewczynę. zadne z nich już się nie powstrzymywało. Alice ponownie go uderzyła lecz tym razem z pięści w twarz,tym samym podbijając mu prawe oko. Chłopak chwycił różczkę i wypowiedział kolejne zaklęcie.
-Oppugno! (opunio) -i nagle ALice zaatakowała grupka papieorwych ptaków które dosc mocno ją pocharatały .
-Nie biję dziewczyn.-powiedział do niej tylko nie przerywając atakowania czarami.-Dzisiaj nie zrobię wyjątku mimo tego że niesamowicie mnie wkurw*iasz.-dopowiedział i wycedził kolejne zaklęcie. Dziewczyna starciła równowagę i upadła. Kiedy wstawał chłopak niefortunnie uderzył ją w wargę tym saamym rozwalającv ją. NIe zrobił tego specjalnie. Po prostu kiedy ona wstwała od chciał życić w nią jej różczką i akurat nawinęła się na jego rękę. Nawet nie spostrzegli kiedy a wokół nich zrobiło się ogromne zamieszanie.
-CO tutaj się dzieje !? -zapytał Percy który był prefektem naczelnym.- White! Malfoy. Za mną! Idziemy do dyrektora! Złamaliście regulamin tym samym wasze domy tracą po 15 punktów! A teraz podnoście tyłki i idzimy!-powieział rzucając im mordercze spojrzenie.-A wy na co sie gapicie!? Nie macie lekcji?! -wszyscy się rozeszli a Alice i Draco pomaszerowali cali poobijani i we krwi ( nie tylko we własnej ) za Percym. Zaprowadził ich do jednego z lochów i kazał nie ruszać się z miejsca dopóki nie wróci z wychowawacami. NIe odzywali się do siebie. Aż dziewczyna zdała sobie sprawę że nie ma swojej różczki.
-Oddawaj moją różczkę.-powiedziała piorunując go wzrokiem. Chłopak nawet nie spojrzawszy na nia rzucił w nią czarnym kijkiem. Alice podniosła ją i wchowała do spodni które miała pod spódnicą od mundurka.
-I nie jestem szlamą...mam czystą krew...i ostrzegam cię. Jeżeli jescze raz powiesz coś o moich rodzicach obiecuję ci że nie skończy się tylko na pluciu krwią.
-Aha. Fajnie. Zamknij się w końcu. Jak mój ojciec się..-
-Oj zamknij mordę bo nie mogę już słuchać tego tekstu.-nie dała mu dokończyć.
-CO powiedziałaś?!-podszedł do niej i złapał ją za koszulę.Ona zrobiła to samo. Mało brakowało a pobili by się znowu.Na szczęście (albo i nie) do sali weszła profesor McGonagal i profesor Snape. Oby dwoje patrzyli na uczniów z ogromnym zawodem, a przynajmniej pani McGonagal. Wskazał na krzesła które stały przed biurkiem i kazał im usiąść. A sama usiadła za biurkiem. Obok niej na roku biurka przycupnął sobie profesor Snape.
-Jestem ogromnie zawiedziona waszym zachowaniem.-zaczęła kiwając głową-Twoim szczególnie pani White.-Alice się nie odezwałą tylko w patrywała z uwagą w jej pomarszczoną twarz.-To dpiero twój pierwszy dzień nauki w Hogwarcie a już sprawiasz problemy, i to na dodatek o tak wczesnej porze.
-Ja przepraszam, ale to nie jest tylko z mojej winy. I to nie ja zaczęłam całą te bójkę.-odpowiedziała przez zęby. Malfoy tylko lekko zachichotał.
-A więc może powiesz nam dlaczego się pobiliście ?-zapytał spokojnie Snape ale nie wyglądał zeby obchodziło go to co się wydarzyło pomiędzy nimi.
-Nic. Po prostu siedziałam na trawie oglądając trening Gryfonów gdy nagle Malfoy i jego dwa przygłupy zasłonili mi widok.A więc poprosiłam ich grzecznie się przesunęli, a wtedy ten lizus podszedł do mnie i zaczął coś bełkotać. A potem już samo poszło.-powiedziała dość szybko aby nikt nie zdołał jej przerwać.-A więc liczę na to że ,nie tylko ja zostanie ukarana ale on również.-dopowiedziała wskazując palcem na blondyna.
-Ja nic nie zrobiłem.-powiedział tylko i wzruszył ramionami.
-No pewnie,że nie. A wargę rozbiłam sobie sama żebym miała więcej zabawy.-warknęła do niego.
-Dobrze. Tak czy owak. Obydwoje zostajecie ukarani zabraniem po15 punktów dla domu...
-Ale Percy już nas ukarał 15 !-zawył Malfoy.
-W takim razie zostajecie tylko ukarani  10 punktami i będziecie musieli przyjść po lekcjach do mojego gabinetu, a wtedy otrzymacie ode mnie karę którą wymyśli z profesorem Snapem. Czy to jasne?
-Tak...-odpowiedzieli oby dwoje. A z twarzy Darco znikł uśmiech.
-A teraz Draco wracaja na lekcje. Mas zteraz lekcje z Severusem, prawda?
-Tak, to prawda.-odpowiedział i wyszedł a zaraz za nim wyszedł profesor od eliksirów.
-To ja też już pójdę.-powiedziała Alice z miejsca ale Minerva nakazała jej usiąść z powrotem.
-Nie bez powodu kazał wyjść Malfoyowi. Mam do ciebię sprawę. Mianowicie twoja matka napisała do nas list z prośbą o udostępnienie ci sali do ćwiczeń.
-Na prawdę? Nie wiedziałam...
-A więc rozmawiałam z Albusem i postanowiliśmy dać ci jedną z sal. Jest to jeden z pokoi na 3 piętrze.Będziesz miała tam swobodę bo na sale rzuciliśmy zaklęcie wygłuszające. W sali są lustra więc nie będzie problemu z tańcem.
-Mam pytanie... Skąd pani wie że ja..
-Och,dziecko. Za kogo ty mnie masz ? Większość czarodziei z tego kraju cie zna. Oczywiście nie każdy. U nas w szkole prawie nikt o tobie nie wie, Crystal.-odpowiedziała z usmiechem.
-Mam jescze jedno pytanie. A raczej prośbę. Czy moglibyście mi załatwić mikrofony i tak dalej. Chodzi mi również o sprzęt nagłaśniający oraz instrumenty. Chodzi o rzeczy no wie pani... stworzone przez Mugoli.
-Tak oczywiście że wiem. Nie ma problemu. Zapisz mi tylko co ci jest potrzebne a ja ci to załatwię. Wiesz rzadko się zdarza aby u nas w szkole była taka gwiazda.
-Oprócz Harrego Pottera.-zażartowała Alice i jej profesorka uśmiechnęła się delikatnie powstrzymując śmiech.
-Sala będzie gotowa o jutrze jak dobrze pójdzie. Będziesz mogła z niej korzystać kiedy chcesz, oprócz w trakcie zajęć oczywiście. A co do twojej kary to będzie to coś co będziesz musiała zrobic WSPÓLNIE z panem Malofyem. Macie ze sobą współpracować.
-Ale ja nie..
-To tyle. A teraz zmykaj na lekcje bo własnie się zaczęły.
-Tak...Do widzenia.-odpowiedziała i wyszła z lochów. Sprawdziła jescze tylko godzinę i ruszyła na lekcję z Historii Magii. Przyszła w połowie lekcji dlatego usiadła na samym końcu tak aby nikomu nie przeszkadzać.Lekcja nie była zbyt interesująca dlatego Alice wyciągnęła swój szkicownik(bez którego się nie ruszała swoją droga) i zaczęła projektować nowy strój na występ. Nie liczyła na to że będzie jakiś miała. PO prostu lubiła wymyślać nowy ubiór na scenę. Czasem były one jak najbardziej zwyczajne a innym razem na maksa odlotowe ale za każdym razem były tak samo fajne. Po mimo tego że, Alice kochała świat magii nigdy nie używała magicznych przedmiotów ani zaklęć które by jej pomagały w śpiewaniu albo graniu na instrumentach. I również w większości przypadkach używała rzeczy typowo mugolskich jak np. mp4, słuchawki czy gitara elektryczna. Ze swoją mp4 i słuchawkami nie rozstawała się nawet na 15 minut. Zawsze miała je przy sobie. Było to jej uzależnienie. Nie potrafiła wyjść gdziekolwiek bez muzyki.
Lekcja na reszcie się skończyła a Alice jako pierwsza wyszła z klasy. Poczekała tam na Hermionę i resztę. Kiedy ją zobaczyli od razu do niej podbiegi i domagali się wyjaśnień, Harry szczególnie.
-Dlaczego zniknęłaś w trakcie treningu ? I co ci w twarz ?!-zapytał zmatwiony
-Spokojnie. To nic takiego. Po prostu.. miałam małą sprzeczkę z Malofyem..
-A więc to o tobie gadali Fred i George.-powiedizał Ron uderzając pięścią w otwartą dłoń.
-Kto ?-zapytała zdziwiona.
-Moi starsi bracia. No tak nie poznałas ich jeszcze. Nie przedstawili sie kiedy bylismy w salonie.
-NIe ważne. Wracjając. Dlaczego oni o mnie rozmawiali ?
-Znaczy.. oni nie widzą ze gadali o tobie. Usłyszeli od kogoś tam że jakas blondyna pobiła się z Draco.
-I że ponoć dośc oprządnie go sprała.-dodała Hermiona.
-Własnie że nie. Po prostu ma podbite oko i podejrzewam że kilka siniaków na klatce i plecach. Wicie na poczatku urzywałam różczki ale potem... no cóż... moje pięści i nogi poszły w ruch. Tak czy owak. Mam teraz przez niego kłopoty.. i dzięki mnie Gryffindor stracił 25 punktów...przepraszam.
-Spoko. Szybko je nadrobimy. Za niedługo mamy mecz ze Ślizgonami więc nie ma problemu. A czy dali ci jakąś karę ?-zapytała Hermiona.
-Tak.. tylko jescze nie wiem co to takiego. McGonagal powiedziała że mamy się zgłosić po karę po lekcjach. I powiedziała że będzie to coś gdzię będziemy musieli współpracować. Aż mi się rzygać chce jak o tym myślę..... Ile czasu zostało do zropoczęcia następnej lekcji ?
-Jakieś 10 minut, a co ?
-Muszę wam o czymś powiedzieć. Wiecie, ta sytuacja z Hagridem i w ogóle.
-No to chodźmy do łazienki.-powiedział z podekscytowaniem Ron. -Nie pamiętam kiedy ostatnio odwiedzaliśmy Jęczącą Martę.
-Dobry pomysł Ronaldzie, tylko zanim tam dojdziemy minie prawie cała przerwa i będziemy musieli wracać z powrotem.
-Kiedy jest długa przerwa ?
-Po 12 jest przerwa na lunch. Wtedy będziemy mogli pójść i pogadać.-odpowiedział Harry wyraźnie podekscytowany.
-Ok. Tak zróbmy. A teraz chodźcie, za chwilę mamy kolejną lekcję. kiwnęła Alice na lochy. Kolejną lekcją były niestety eliksiry które o dziwo minęły całkiem znośnie nie licząc drobnej sprzeczki i odebraniem Gryfonom 5 punktów. Malfoy zaczął coś furczeć do Harrego i to Gryfindor oberwał. Ale nikt nie chciał kłócić się ze Snapem, bo było by jeszcze gorzej. Alice było cięzko sie skupić ale mimo to dzielnie starała się wytrwać do przerwy na obiad.
Nareszcie nastała ta chwila. Kiedy zabrzmiał dzwonek ogłaszający długą przerwę czwórka przyjaciół wybiegła z klasy.Prowadzili Harry i Hermiona a zaraz za nimi biegli Ron i Alice. I tak się złożyło że zwrócili czyjąś uwagę. Był to nie kto inny jak Draco, któy zainteresowany pospiechem swoich wrogów poszedł za nimi. Wszyscy trafili do toalety dziewczyn do której nikt nie chodził. Jakimś cudem Malfoy przemknął do pomiesczenia niezauważony i schował się w jednej z kabin podczas kiedy Gryfoni oprowadzali Alice po toalecie. (Jakkolwiek głupio by to nie brzmiało) Wszyscy usiedli na podłodze przy umywalkach i nastała niezręczna cisza.
-No to..-zaczęła Alice- Jeżeli chodzi o te sytuacje z pierwszego dnia...
-Dlaczego Hagrid powiedział że masz na imię Crystal ?-zapytał lekko zdezoriętowany Potter.
-Nie mam tak na imię. To mój pseudonim sceniczny. Kiedy byłam w Rinmaru na pierwszym roku zaczełam chodzić na zajęcia ze śpiewu i tak jakoś to poszło dalej i postanowili zrobić ze mnie gwiazdę. Chodziłam na zajęcia ze śpiewu, gry na fortepianie, gitarze i skrzypcach. Potrafię odczytywać zapisy nutowe i tym podobne rzeczy. Więc po prostu grałam i śpiewałam. Zaliczał się też do tego taniec. Grałam różne typy muzyki,ale był to głównie K-POP i K-Rock. Miałam tez występy za granicą więc umiem też mówić po japońsku. Więc podsumowując jestem piosenkarką w świecie czarodziei.Jakieś pytania ?
-Dlaczego żadne z nas cię nie rozpoznało ? Ani nikt ze szkoły ?-zapytał zdziwiony Ron.
-Ponieważ w szkole jest raczej mało osób którzy by słuchali muzyki po innym języku niż angielski.
-Wow.. to jest niesamowite. Czy da się gdzieś zobaczyć twoje występy ?- pokazał na telefon Harry.
-Tak. Oczywiście że tak. Wiecie żyjemy w dobie internetu więc nie ma problemu. Jeżeli chcecie to mogę wam pokazać , tylko nie przeraźcie się językiem.-powiedziała i włączyła na swoim telefonie filmik z koncertu w Tokio. Błysk. Oślepiające światło padło na publikę. Z pod sceny wyłoniło się 7 dziewczyn. 6 azjatek i Alice.Dziewczyny były ubrana dość podobnie ale jednak ich stroje różniły się. Alice miła na sobie czarny top z krótkim rękawem,jasne jeansową kórtkę,czarne wytarte dżinsy z dziurami na kolanach,zawiązaną wokół pasa czerwoną koszulę w kratę i czarne wysokie Vansy. Strój dopełniały złote dodatki jak gruby łańcuszek i kolczyki.Alice miała spięte włosy w wysoki kucyk i spiętą grzywkę. Każda z dziewczyn miała mikrofon który był na ich twarzach. Piosenka nie zaliczała się do tych wesołych, ale również nie była smutna. Dało się wyczuć w niej złość oraz irytację ale po mimo tego była energiczna i szybka. Układ do niej był okropnie trudny a mimo to dziewczęta świetnie dawały sobie radę.
-O czym to ?-zapytała wyraźnie zainteresowana Hermiona. Chyba nie mogła znieść myśli,że czegoś nie wie.
-O miłości.  A raczej nie spełnionej miłości. Znaczy.. chodzi o to że dziewczyna się stara o to aby związek był udany a chłopak się nią bawi. Coś w tym stylu.-odpowiedziała nonszalancko Alice.
Dziewczyna miała jeden z lepszych głosów w zespole dlatego miała najtrudniejsze i najwyższe partie których nie było specjalnie dużo,ale jak już faktycznie były to aż włosy stawały dęba. Kiedy piosenka się skończyła,nikt się nie odzywał.Po chwili ciszy pierwszy odezwał się Ron.
-nareszcie ktoś kto jest sławniejszy od Harr'ego.-wszyscy zaczęli się śmiać a sytuacja przestała być dziwna.
-To było świetne. Prawie nic nie rozumiałem ale i tak było super. Serio. Masz niesamowity wokal.-odezwał się Harry z uśmiechem.
-Dziękuję....-odpowiedziała Alice a jej policzki stały się koloru dojrzałej truskawki.-A właśnie. McGonagal powiedziała że udostępni mi salę do ćwiczeń. Jak chcecie to będziecie mogli ze mną pójść.
-Brzmi super. Ale teraz chodźmy na lekcję. Zaraz zadzwoni dzwonek.-powiedziała Hermiona lekko zaniepokojona faktem że mogą się spóźnić.

niedziela, 30 sierpnia 2015

"Draco, Hogwart, nienawiść czy miłość ?" cz.3

Droga do Hogwartu minęłą Alice w bardzo miłym towarzystwie. Mianowicie z Harrym, Hermioną i Ronem. Trójka przyjaciół z domu Lwa. Oczywiście nie obeszło sie bez drobnych komplikacji czyli pokłóceniem się z Draconem Malfoyem w pociągu. Doszło nawet do gróźb jego tatą. Zrobiło sie poważnie.(X'D) Alice na Ceremonii Przydziału została wybrana do Gryffindoru (a to dlatego że błagała tiarę własnie o ten dom) co niezmiernie ją ucieszyło.
  Alice przez cały czas przyjaciele wywiercają w niej dziurę swoim natarczywym wzrokiem.W końcu nie wytrzymała.
-Przestaniecie się na mnie tak gapić ?-zapytała spokojnie jedząc pałkę kurczaka. Wszyscy zażenowani spuścili wzrok.
-Przepraszam ale coś nie daje mi spokoju.-odezwał się Harry.
-Co takiego?-zapytała wycierając usta z resztek kury.
-Dlaczego Harid mówi do Ciebie Krystal ? I dlaczego traktował cie jak kogoś bardzo dla niego ważnego ?-dopytał szeptem Ron wyraźnie ciekawy sytuacji która wcześniej zaszła.
-Mówiłam że opowiem wam później. Zjedliście ?
-No.. tak..
-W takim razie wyjdźmy.
-Ale profesor Dumbledor nie powiedział jeszcze słów zakończenia. Jak to zrobi to będziemy musieli iść do dormitorium.
-Więc wyjaśnię wam jutro,ok? Nawet jak bym chciała to bym wam dzisiaj nie powiedziała. Padam z nóg. Nie mam siły nawet żeby myśleć. Wiecie.. zmiana szkoły,kłótnia z jakimś lalusiem, spotkanie was wszystkich, przydział i to wszystko;jest dla mnie nowe. To za dużo jak na jeden dzień. Nie sądzicie ?-zapytała pełna nadziei. Wszyscy kiwnęli głowami że się zgadzają. Kiedy dyrektor skończył przemowę wszyscy wyszli z wielkiej sali. Do salonu gryfonów trzeba było wejść przez przejście za obrazem tak zwanej Grubej Damy.
-Witaj.Nie widziałam cię tu wcześniej. jesteś nowa ?
-Tak proszę pani. Dzień dobry.-odpowiedział Alice uśmiechając się tak szeroko że dało się policzyć prawie wszystkie perłowo białe zęby.
-Wchodźcie.-powiedziała dumnie lecz odwzajemniła gest. Kiedy weszli do salonu Alice nie mogła ukryć zdumienia.Salon był ciepły i przytulny. Wszyscy się tam zebrali i zaczęli ze sobą rozmawiać. Alice czuła się trochę obco i nieswojo. Zauważył to Ron który stanął na stołu i odchsząknął aby zwrócić na siebie uwagę Gryfonów.
-Słuchajcie ludziska. Mam coś do ogłoszenia. A więc jak wsponiał juz nasz kochany dyrektor.-na sali rozległo się kilka cichych hihotów które zaraz ustały.-Mamy nową koleżankę.No wstań,pokarz się.-powiedział do niej podając dłoń aby wstała i weszła na stołek na którym wczesniej stał.
-Eh.. no więc mam na imię Alice. Wcześniej przez kilka lat mieszkałam za granicą więc mam nadzieję że mi pomożecie zaklimatyzować się.
-Gdzie wcześniej mieszkałaś ?-zapytał chłopak o piskowych włosach i granatowych oczach.-Jestem Seamus Finnigan, miło poznać.-dodał szybko.
-Mnie też miło poznać. Kiedy byłam mała przeprowadziłąm się z mamą do Korei Południowej.I tam tak jak wy wieku 11 lat poszłam do szkoły Magii i Czarodziejstwa.
-Neville Longbottom.A co to była za szkoła ?
-Rinmaru. -po sali rozległy się szepty. Wszyscy wiedzieli że ot szkoła dla zdolnych uczniów.I słychac było podniecenie niektórych uczniów kiedy komentowali tę szkołę.
-Ale teraz jestem tutaj. Nie będę owijać w bawęłnę i oszczędzę wam pytań, Wyrzucili mnie z tamtąd. Wrobiono mnie w coś i tyle. Mam nadzieję że nie będziecie o tym nikomu rozpowiadać. Zwłaszcza tym zielonym.-hihot.- I przedewszystkim temu kolesiowi w ulizanych blond włoskach który grozi wszystkim że sie poskarży rodzicom. -już nie hihot tylko szczery,głośny śmiech.-mam nadizję że te 3 lata miną nam wszystkim przyjemnie we  wspólnym towarzystwie. Proszę dogadujmy się. Dziękuję.-delikatny ukłon na koniec aby oddać kolegą szacunek.(stare nawyki z poprzedniej szkoły)Wszyscy porozmawiali ze sobą jeszcze chwilę i każdy poszedł w stronę swoich sypialni. Ale chciała jeszcze chwilę porozmawiac ale zapomniałą o tym tylko jak położyła się w pirzamie na łóżku.Zasneła momentalnie. Miała bardzo nieprzyjemny sen bo obudziła się w środku nocy cała zalana potem.Niestety następnego ranka nie pamiętała ów snu.

czwartek, 27 sierpnia 2015

"Draco, Hogwart, nienawiść czy miłość ?" cz.2

Przygotowania na nowy rok szkolny w Hogwarcie szły pełną parą. Alice nie była jakoś szczególnie zadowolona z faktu iż mieszka znowu w Londynie. Była przyzwyczajona do życia w Korei, a tak diametralna zmiana była ciężka. Ciężko było przystosować się do warunków pogodowych w Anglii, było tam o wiele zimniej niż w Seulu. Lecz mimo to dom w nowym miejscu był o wiele fajniejszy niż ten w Seulu. Po mimo tego,że był większy był dość przytulnym miejscem. Pokój Alice znajdował się na piętrze. Znajdowała sie tam jeszcze łazienka, sypialnia jej mamy i garderoba. Na parterze za to była kuchnia,druga łazienka,jadalnia,pokój stołowy oraz schowek. Do wyjazdu została kilka dni które Alice zleciały niesamowicie szybko.
-Mamo. Kupisz mi nową miotłę ?
-Przecież stara jest jeszcze dobra.-zaśmiała się cicho składając pranie.
-Właśnie że nie jest. Jest okropnie zjechana,i na dodatek wolna.
-No dobrze. To jaką miotłę byś chciała ?
-No nie wiem... może Nimbusa 2001 ?
-Żartujesz ? Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego ile kosztuję ta miotła?
-No wiem...-powiedziała dziewczyna opadając na kanapę.-No to może chociaż 2000?
-2000? Brzmi o wiele lepiej.
-Czyli się zgadzasz ?
-Tak.
-Albo nie! Wiesz co ? Uzbieram sobie na coś lepszego niż 2001-pwoeidziała deliktanie się uśmiechając.
-A co niby ?
-Za nie długo ma być w sprzedaży Błskawica. Wtedy ją sobie kupie.
-Niech ci będzie. Potrzebujesz czegoś jeszcze ?
-Nie wiem. Nie dostałam jeszcze spisu książek.
-O na prawdę ? A nie leży na stole ?
-Nie wiem. Pójdę sprawdzić.-dziewczyna podniosła się z kanapy i ruszała do kuchni.-Jest tu!-krzyknęła otwierając list. Powolnym krokiem podeszła z powrotem do swojej mamy.
-Kurczę... za same książki wyjdzie kupa kasy. Jeszcze dodatkowo nowa szaty i różdżka.
-Różdżka ? A co sie stało ze starą ?
-Złamała się.-powiedziała ze smutkiem.-Lubiłam te różdżkę.
-Ah... skończ już marudzić. Zbieraj się.
-Po co? Idziemy gdzieś?
-Na pokątną.
-Co to ?
-Ulica pokątna to ulica z największą ilością sklepów dla czarodziei. Więc rusz tyłek i lecimy.
-Ale jak się tam dostaniemy?-zapytała zdziwiona blondynka ubierając bluzę z napisem No life No fun. Ah te zabawne teksty mugoli.
-Proszek fiu kochanie,
-Jakie bździu ?
-Fiu. Najpierw wejdź do kominka.
-Zwariowałaś.-powiedziała lecz mimo to wykonała polecenie matki.
-Teraz weź do ręki garść proszku. powiedz: na przekątną i wysyp go pod siebie. Jak już tam będziesz to zostań na miejscu ja zaraz do ciebię dołączę.
-Niech będzie.-odpowiedziała biorąc do ręki proszek.-Na przekątną!-powiedziała i znalazła się na bardzo ruchliwej ulicy.Każdy się gdzieś śpieszył. Na ulicy było pełno czarodziejów i czarownic. Tych starszych i tych młodych. Koło niej przebiegała grupka małych chłopców którzy właśnie rozmawiali o tym do którego z domów w Hogwarcie chcieli by należeć. Dwójka z nich stanowczo mówiła że chcieli by być w domu lwa za to pozostałą trójka że bez różnicy byle nie w Slytherinie Alice przez chwile zastanawiało dlaczego każdy okazuje taką niechęć do tej grupy,lecz rozmyślań wyrwała ją mama.
-Halo. Ziemia do Alice.
-Co? co...
-Chodź, idziemy po nową różdżkę.-i tak minęło kilka godzin na wybieraniu wszystkiego co było niezbędne.Nagle uwagę Alice przykuł sklep z miotłami. Na wystawie była nowa Błyskawica. Alice zafascynowana zaczęła przyglądać się miotle.Tyle mogła.

 Nadszedł długo oczekiwany 1 września.

środa, 26 sierpnia 2015

"Draco, Hogwart, nienawiść czy miłość ?"

*Historia dzije się mniej więcej wtedy kiedy Harry Potter, więc jest to mniej więcej w tym samym czasie tylko u kogoś innego. Postać jest moja własna. Tak samo jak nazwa szkoły na początku.*


Wrzesień zbliżał się wielkimi krokami, a co za tym szło; nowy rok szkolny. Kolejny nudny rok szkolny w przeraźliwie nudnej szkole dla wybitnie mądrych dzieciaków. Alice właśnie leżała na swoim dużym łóżku z szarą pościelą oraz kolorowymi poduszkami. Alice miała 11 lat i właśnie miała zaczynać kolejny rok w gimnazjum. Dziewczyna mieszkała tylko z mamą w małym domu na obrzeżach Seulu. Właściwie Alice nie miała przyjaciół w szkole. Nie dlatego że nikt jej nie lubił, ale dlatego że to ona nie lubiła ich. Alice tak jak jej mama pochodziły z Londynu ale kiedy Alice miała 6 lat przeniosły się do Busan w Korei Południowej. Głównym powodem była praca jej mamy.Alice nie była do niej podobna prawie wcale. Miała krótkie jasne blond włosy z pół-okrągłą grzywką która delikatnie odsłaniała jej dość ciemne brwi; była dość wysoka lecz miała kilka zbędnych kilogramów a to przez nie zdrowe jedzenie, jej oczy były koloru wody oceanu. Lecz nie był to kolor jasnego morza a raczej największej głębiny która się w nim znajdowała. Oczy Alice miały tak ciemny odcień granatu że prawie wpadały w czerń. Miała dość okrągłą buzię, delikatne drobne lecz pełne malinowe usta oraz prosty mały nos na którym było widać kilka delikatnych piegów które przechodziły aż do policzków. Jednym z największym atutów tej dziewczynki był jej głos. Śpiewała tak cudnie że każdy chciał jej słuchać. Miałą zdolność muzyczne,lecz nie wiedziała po kim.Ten rok miał być taki jak każde inne;ale czy na pewno?
   Do końca wakacji było jeszcze sporo czasu a Alice już tak przeraźliwie się nudziła że nie wiedziała co ma ze sobą zrobić.Chodziła to tu, to tam. Odkąd dziewczynka była mała zdarzały jej się dość niesamowite rzeczy. Raz kiedy jakaś dziewczynka ją popchnęła dostała piłką w głowę która przyleciała z nikąd. Zbliżała się pora obiadu więc dziewczynka ze swojego pokoju poszła do kuchni, do której prowadził dość wąski korytarz.
-Maaamoooo-zajęczała dziewczynka przytulając się do nóg kobiety która właśnie stała przy kuchence.-Głodna jestem. Za ile obiad?-zapytała uśmiechnięta.
-Za chwilę,kochanie.-odpowiedziała kobieta.Była to kobieta około 30. Miała długie kasztanowe włosy które były spięte w luźny kucyk,niebieskie duże oczy,pełne usta oraz spiczasty nos.Jej twarz miała dość surowy wyraz ale kiedy sie uśmiechała jej twarz łagodniała.Była bardzo piękną kobietą.
-Usiądź przy stole. Zaraz będzie gotowe. A przy okazji. Przyszła poczta do ciebie.
-Do mnie? Ciekawe od kogo.
-Nie wiem. Sama sprawdź.-wskazała głową na stół.Leżała tam koperta z czerwoną pieczęcią z literką J.  Kiedy Alice otworzyła kopertę w środku był list oraz jakaś druga kartka. Jego treść wyglądała tak:

                                                                     Rinmaru
                                                Akademia Magii i Czarodziejstwa
                                                           Dyrektor: Miranda Lee
                     Szanowna Pani White,
                    Mamy przyjemność poinformowania Panią,że została Pani przyjęta do Szkoły Magii i                      Czarodzijstwa Rinmaru. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia.
Rok szkolny rozpoczyna się 1 września.Oczekujemy pani sowy nie później niż 31 lipca.
             Z wyrazami szacunku,
                                                                                        Miranda Lee
                                                                                        dyrektorka szkoły
Alice patrzyła na list z niedowierzaniem i próbowała połączyć wszystkie dotychczasowe wątki. Kiedy nic nie wymyśliła krzyknęła do mamy aby podeszła do stołu.
-Dziecko, nie musisz krzyczeć. Stoje obok ciebie.A więc? Co to za list?
-Dobre pytanie...nic nie rozumiem z tego listu....
-Pokaż mi go.-powiedziała matka łapiąc za kawałek pergaminu.Zaczęła czytać uważnie list i co chwilę kładła rękę na swój kark chłodząc się w ten sposób. Zawsze tak robiła kiedy była zestresowana.-A więc jednak....jednak się stało...-mruczała pod nosem. Alice nie miała pojęcia o co chodzi i była zmartwiona zachowaniem matki.
-Mamo...czy stało sie coś złego?
-Nie...-odpwoeidziała bez wyrazu.
-Mamo,proszę wytłumacz mi oo co w tym wszystkim chodzi. Jaka magia? Jaka znowu szkoła? O co chodzi?
-Siadaj kochanie.-wskazała na krzesło na przeciwko niej.Kiedy dziewczynka usadowiła sie wygodnie na krześle kobieta zaczęła.-Słuchaj mnie córciu teraz bardzo uważnie bo to co teraz powiem jest niezwykle ważne. Zrozumiałaś?-Alice tylko kiwnęła głową na potwierdzenie.- No więc to zaczęło się jakieś 20 lat temu kiedy poznałam twojego tatę. No więc kiedy byłam w twoim wieku do mnie również przyszedł podobny list.
-Podobny?
-Owszem. Nie był on taki sam jak ten ponieważ wtedy ja dostałam list ze szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Czyli jednej z najlepszych szkół w Europie.Twoi dziadkowie nie byli czarodziejami. Byli tak zwanymi mugolami.Czyli zwykłymi ludźmi. W szkole poznałam twojego tatę który pochodził z rodziny czysto krwistej. Czyli w pełni magicznej. Na początku nie za bardzo za soba przepadliśmy ale potem zakochaliśmy sie w sobie.PO skończeniu szkoły byliśmy parą,potem wzięliśmy ślub i zaszłam w ciąże. Twój ojciec został zabity przez jednego ze śmierciożerców. Czyli podwładnych najwięszego czarnoksięznika tamtych czasów jakim był Lord Voldemort.
-Lor.
-Nie powtarzaj tego imienia. Nigdy.-przerwała jej.- Twój tata umarł kilka tygodni po twoim urodzeniu ale już wtedy wiedzieliśmy że nie będziesz normalna. To by było niemożliwe. Tak więc ojciec przekazał nam cały swój majątek i zabezpieczył w banku dla czarodziei. W bangu Gringotta,w Londynie.Ale jak sama dobrze wiesz nie mieszkamy już w Londynie tylko tutaj. W Busan.NIe sądziłąm że tutaj również będzie skzoła dla czarodziejów.
-Czekaj bo nie nadążam.-powiedziałą dziewczyna z lekkim grymasem na twarzy.-Więc mówisz że ojciec tak na prawde nie zginą przez wypadek na budowie w pracy a przez jakiegoś śmierciożercy ?
-Tak.-powiedziała śmiertelnie poważna.
-Ok...ale dlaczego mi o tym wszystkim nie powiedziałaś ?
-Byłas za młoda,żaby to zrozumieć.
-No okej...Ale dlaczego oni mnie chcą w tej szkole? Ja czarownicą ? Daj spokój.
-Ale to prawda. Jestes czarownicą. Nie zauważyłaś jak te dziwne rzeczy się dziją wokół ciebię ?
-No może tak..ale ..
-Jeżeli nie chcesz tam jechać to nie zmuszę cię do tego. ALe wolałąbym abyś tam pojechała i nauczyłą się wszystkiego od podstaw. Abyś nie tylko umiała używać swoich mocy ale również umiała nad nimi panować.
-W porządku. Nie ogarniam tego do końca ale to chyba ważne więc się zgadzam.Ale mam pytanie.
-Tak?
-Jak mamy im odesłać sowę skoro żadnej nie mamy?-zapytała rozbawiona Alice i oby dwie zaczęły się śmiać.
**********
Lata mijały a Alice miała już 15 lat. Zostały jej ostatnie 3 lata szkoły dla czarodziei. Tylko nie koniecznie musiała ją ukończyć w Rinmaru.

-Przepraszam cię Alice. Ale wiesz przecież że to nie moja wina.-powiedziała ze smutkiem kobieta.Pakując swoje rzeczy z domu w Busan.
-Nie obwiniam cię za to.-odpowiedziała Alice całując matkę w policzek.
-Tak mi przykro że nie będzies zmogła ukończyć Rinamru...To moja wina...
-WCALE.ŻE.NIE.-odpowiedizała delikatnie poirytowana Alice.-Tak szczerze powiedziawszy to nawet jest mi to na rękę.
-Jak to?
-Bo widzisz mamo... tylko obiecaj że isę nie zezłościsz..dobrze?
-Dobrze.Obiecuję.-powiedziała podnosząc kolejne pudło.
-No więc...Tak na prawde to wyli mnie z Rinmaru...ha...ha.-powiedziała śmiejąc się niezręcznie.
-Jak to?! Kiedy?! Daczego mnie nie zawiadomiono?! Za co?! -pytania padały z prędkością pocisku z karabinu maszynowego.
-Ok. No więc po kolei. Wiesz...tak na prawdę to już wcześniej wysyłai ci listy z moimi wybrykami ale dziwnym trafem zawsze trafiały do mojego kosza na śmieci. Dziwne co nie?  Wyrzuclili mnie na koniec roku. ALe spokojnie mam go zaliczonego. Tylko kazali nie wracać na następny rok.
-Dobrze...przyjmuję do wiadomości... ale za co ?
-NIe mam pojęcia....to chyba nie za to że przez przypadek wysadziłam toaletę w powietrzę...
-Co?!-Nicole zbladła.
-Spokojnie. To było dwa lata temu...No to może przez to pobicie się z bandą tych chłopaków z 6 roku...nie to pewnie też nie przez to....Ah. Chyba już wiem. Na ostatnim teście do klasy wleciała miotła a na niej było wiadro ze ślimakami. I dziwnym trafem poleciało to prosto na panią Kim Soo Hee Wiesz. Tą od eliksirów. Ta która mnie nie lubiła. I oczywiście cała wina poszła na mnie.
-A to byłaś ty?-zapytała zirytowana.
-Nie. No co ty. Ktoś mnie akurat w to wrobił ale pani Soo Hee nie chciała mnie słuchać więc ostatecznie mnie wyrzuciła.
-Okej. Trochę mnie to uspokoiło. Ale musisz skończyć szkołę... co ty na to żeby przenieść cię do Hogwartu? Wiesz. Tam gdzie ja się uczyłam?
-W sumie nie jest to zły pomysł. Ale.. myślsiz że sobie tam poradzę?
-Tak. Uważam że na sto procent sobie poradzisz.
-A mają tam quidditcha?
-Też mi pytanie!-zaśmiałą sie matka. Kiedy spojrzała na swoją córkę zdała sobię sprawę z tego że nie jest już tą pulchną,zagubiona jedenastolatka którą kiedyś była. Teraz stała przed nią młoda kobieta. Alice nie miała już nawet pół kilograma nadwagi. Ponieważ szkoła Rinmaru odznaczała się tym że jest to szkoła również artystyczna Alice chodziła na zajęcia z tańca oraz śpiewu. (No i oczywiście na quidditcha.)Przez co zgubiła zbędne kilogramy i zastąpiła je świetną sylwetką. Podczas tych kilku lat też sporo urosła. Mierzyła teraz równe 170cm wzrostu oraz ważyła niespełna 50 kilogramów.. Pomimo dośc małej wagi dziewczyna miała to i owo. Miała idealne wcięcie w tali:ładny,zgrabny tyłek oraz dość spore piersi. Jej buzia przeztała być okragła i teraz była bardziej pociągła a przez zrzucenie wagi jej kości policzkowe były uwydatnione. Jej oczy były bardziej ostre. Każde jej spojrzenie było bardzo zmysłowe. A raczej takie sie wydawało przez jej koci krztał oczu. Włosy urosły jej dość sporo. Sięgaly jej teraz za łopatki. Lecz grzywka została nie zmieniona. Tak. To nie była już ta szara myszka. Lecz stare nawyki czasem wracły jak np. słuchanie w samotności muzyki, czy nałogowe czytanie książek,albo granie na gitarze albo fortepianie. Alice się zmieniła ale ta zmiana wyszła jej na lepsze niż mogła by się spodziewać.

środa, 29 lipca 2015

White rabbit cz.5

Zeszłam z powrotem na dół aby kontynuować ćwiczenia. Po drodze spotkałam Krystal.
-Wszystko w porządku?-zapytała zmartwiona.
-Tak. Pewnie. Nic mi nie jest.
-Pogodziliście się ?
-Tak. Nie. Nie wiem. Chyba tak.
-Czyli co w końcu? Lubicie się czy nie koniecznie?
-Nie wiem. Mamy rozejm.
-W takim razie ok. Grunt to żebyście się nie pozabijali.
-Dokładnie tak. Dobra. Ja lecę nadal trenować. Pa.-powiedziałam i ominęłam ją z gracją.
 Trening zajął mi tak jak podejrzewałam jakieś 3 godziny. Miałam wrażenie że moje mięśnie się roztopią. Byłam cała spocona więc od razu po treningu poszłam pod prysznic. Weszłam do pokoju i wkroczyłam od razu do łazienki.Zdziwiło mnie to że pod moim prysznicem nie leżały moje kosmetyki tylko jakieś męskie ale nie przejęłam się zbytnio. To pewnie kolejny głupi żart chłopaków. Często podmieniali mi rzeczy. Co to za przyjemność w prysznicu kiedy się nie śpiewa? Zaczęłam śpiewać sobie piosenkę Mariny and the daimonds -How to be a herat breaker myjąc przy tym włosy. Później umyłam resztę ciała. Wychodząc zmieniłam repertuar na piosenkę Girls Generation- Gossip Girls. Zorientowałam się że zapomniałam ubrań na zmianę i wyszłam z łazienki w samym ręczniku i zdałam sobie sprawę że.... to nie był mój pokój. Spojrzał w lewo i moim oczom ukazał się siedzący na łóżku pół nagi Christian który gapił sie na mnie z niedowierzaniem. Jego ciało było niesamowite. Miał na sobie tylko spodnie. Na jego ciele nie było prawie tłuszczu. Same mięśnie. Jego lewe ramię było w tatuażach. Ciężko mi było określić co się tam znajdowało, ale był to dość spory tatuaż. Również pod jego obojczykami znajdował się tatuaż. Był to napis który przechodził pod jednym obojczykiem aż do drugiego.
-Co ty tutaj robisz? I dlaczego myłaś się u mnie w łazience ?
-Eee...ha... ha.. taka głupia sytuacja....
-A to ponoć ja jestem zboczeńcem. No nie powiem. Dość odważny strój jak na nasze drugie spotkanie. Następnym razem pewnie nie będziesz miała na sobie żadnego ubrania. -zaśmiał się  nie odrywając ode mnie wzroku.
-Po prostu pomyliłam pokoje. Przepraszam. Już mnie nie ma.
-Masz zamiar tak sobie wyjśc, króliczku?-uśmiechnął się do mnie tak jakby właśnie wilk obnażał swoje zęby aby pożreć swoją ofiarę. Bezbronnego królika. Podszedł do mnie i oparł swoją rękę o ścianę tak aby zagrodzić mi przejście. Z drugie strony zrobił to samo.
-Króliczek wpadł w pułapkę. I co teraz?
-Ładnie poproszę i mnie puścisz ?
-Musiał bym być kretynem aby puścić wolno taki smakołyk.-powiedział przybliżając swoją twarz niebezpiecznie blisko.
-Puść mnie. Proszę cię. -poprosiłam najladniej jak tyko potrafiłam robiąc maślane oczy.
-Żartowałem. Nic ci nie zrobię. Pamiętasz? Mam jakieś standardy. Trzymaj-podał mi czarną koszulkę z jakimś napisem.-Musi ci być zimno. W końcu jesteś tylko w ręczniku. A tak poza tym to jak się odwróciłaś było widać kawałejk twojego tyłka.-powiedział odchodząć z powrotem do łóżka.
-Ty zbolu jeden!
-Milczeć, babo.-odpowiedział kładąc się. Założyłam szybko t-shirt i biegiem wyszłam z pokoju.I równie szybko pobiegłam do swojego pokoju. W mojej głowie przez cały czas był obraz nagiej klatki piersiowej chłopaka, nie wspominając już o jego brzuchu.Kiedy przypominałam sobie jego ciało, ruchy, twarz; moje serce biło tak głośno że miałam wrażenie że wszyscy w zasięgu najbliższych 3 kilometrów je słyszą.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Zaczynam pisać nową serię :) Tamtą dokończę (kiedyś) jak będę miała wenę (może).

White rabbit cz.4

Lata mijały. Moje moce były coraz silniejsze. Po jakimś czasie nie umiałam nad nimi zapanować. Pan Colins razem z resztą zabójców nauczyli się jak pieczętować te ogromną moc. Na moim ciele znajdowało się 7 pieczęci. Wyglądały one jak tatuaże wiec nikt specjalnie nie zwracal na to uwagi. Moje pojedyncze zdolnosci zniknęły ale ta jedna nie chciała. Przez 9 lat miałam zabójczy trening.  Nauczyłam się jak posługiwać się bronią, jak wykorzystać swoje zdolności i oczywiscie walka w ręcz gdyby zaszła potrzeba obronienia siebie bądź moich towarzyszy.  Moje relacje z zabójcami były z roku na rok coraz silniejsze.  Kochałam tych ludzi coraz bardziej. Moje obawy co do tego że mogą zrobić mi krzywdę znikały z każdą minutą. Robiły się coraz mniejsze, aż w końcu zniknęły.  Byłam jednym z najlepszych zabójców w naszym gronie. Do pewnego czasu...
 Była godzina 7:30. Mój budzik obudził mnie swoim  denerwujacym oraz głośnym alarmem. Jakieś 15 minut zajęło mi same wstanie z łóżka.  Nie znosiłam wstawać wcześnie rano. Pospiesznie ubrałam na siebie mój strój do ćwiczeń czyli czarny top sportowy, krótkie szare spodenki i czarne buty do biegania. Umylam buzię, zęby i związałam moje długie do połowy pleców białe włosy w koński ogon. Zbiegłam po schodach i pobiegalm do kuchni na szybkie śniadanie.  Zjadalam dwa tosty z dżemem malinowym i wyszłam.  W domu pana Collinsa znajdowała sie siłownia w której wszyscy cwiczylismy. Zbiegłam po schodach i weszłam do środka.  W drzwiach przywitała mnie Krystal.Ta sama Krystal która nie była już 10 letnią dziewczynką lecz 19 letnią kobietą. Każdy się zmienił.  Oczywiście  oprócz tego że wszyscy byli pełnoletni (oprócz mnie (16lat)) każdy miał swoją miłość. Przepiękna Suzie miała teraz 22 lata i zeszła się z o 2 lata starszym Ethanem. Byli parą od jakiś 2 lat. 19 letnia Krystal była w związku od 1,5 roku. Jej wybrankiem został Jackson który mam teraz 22 lata.  3 lata różnicy to nie tak dużo. No i oczywiście moja kachana Mira która miała już 25 lat i spodziewała się dziecka. Tatusiem ów maleństwa ma zostać 26 letni Justin. Mira i Jus byli parą od kad Mira skończyła 19 lat. Od 3 lat byli bardzo szczesliwym małżeństwem. Muszę przyznać że wszystkie te pary były cudne.  Trochę im zazdroscilam. Ale tylko troszkę. (Bardzo) 
-Dobry!- wrzasenalm na całe pomieszczenie aby mieć pewność że wszyscy usłyszeli.  
-Witaj Shi.-powiedziała Mira która właśnie kontrolowala trening na bieżni Justina.  Justin przywitał mnie skinieniem. Zadko się zdazalo aby cos mówił podczas treningów.   Podeszłam do Ethana który właśnie siedział na ringu. 
-Hejka Et.- przywitałam się radośnie. -Ćwiczysz?
-Hej Shi.Taki miałem zamiar ale nikomu się nie chce ze mną ćwiczyć. 
-No to co powiezz na maly sparing?  Bardzo chętnie stopie ci tylek. -odpowiedziałam z szydzacym uśmiechem.  Tak na prawdę tl wiedziałam że nie mam szans na zwycięstwo ale lubiłam denerwować Ethana. 
-Zaraz się przekonamy kto tu komu skopie tylek. -odegrał się.  Gole pięści i broń.  Wtedy była najwieksza zabawa,  a raczej najwieksze podobieństwo do prawdziwej walki. Wzięłam  dwa noże przeznaczone do ćwiczeń. Innymi słowy były tak tępe ,że nie zrobiły by nikomu krzywdy. Ethan wziął mały toporek. Walka się zaczęła. Szybkim ruchem pobiegłam do Ethana i zadałam mu cios w twarz.  Nie musiałam długo czekać na odzew. Ethan podcial mi nigi. Z hukiem upadłam na ziemię.  Ethan usiadł na mnie okrakiem unieruchakiajac mi nogi. Zaserwowalam mu prawego sieropowego prosto w szczenke. Ethan nie zszedł ze mnie ale zmniejszył nacisk tym samym dając mi możliwość wstania. Zepchnelam go z siebie i wstałam.  Chłopak uderzył mnie z kopa w brzuch.  Upadłam na ziemię.  Wymierzył we mnie toporkiem i próbował uderzyć w moje ramię ale się odsunelam i nie trafił.  Kiedy sie na mnie ponownie żucil tym razem ja wymierzyłam cios. Jeden z noży wylądował przy jego gardle, drugi zaś zaraz przed klatką piersiową. 
-Koniec gry. Wygrałam. -wysapalam. Oby dwoje padlismy na ring. 
-No to...kiedy  będę mogła iść na jakąś misję?
-Musisz się spytać Justina. Wiesz  o tym. On tutaj rządzi.  Ale myślę ze za nie długo. 
-Mam taką nadzieję.  Mam już dość tego że wy walczycie a ja siedzę na dupie.
-Spkojnie. Już za nie długo będziesz walczyć razem z nami. -odezwał się Justin. - Dzisiaj przylatuje do nas nowy zabójca z Nowego Jorku.  Chyba jest od ciebie starszy ale pewny nie jestem. 
-I co w związku z tym ?-zapytałam.
Nie czaje co ma jego przyjazd do moich misji. 
-Ma to, że będziesz nareszcie miała partnera ty pustaku.
-Ja nie potrzebuje partnera. -warknęłam. 
-Shiro... dobrze wiesz że to nie prawda. 
-Ale ja go nie chcę!
-Nie obchodzi mnie to. Jeżeli nie zgadzasz się na moje warunki to nke dostaniesz żadnej misji. Wybieraj.  - postarlam nerwowo dłonie. Krzyknęłam sfrustrowana i pędem podeszłam do strzelnicy.  Wzięłam broń która leżała najbliżej mnie  i zaczęłam strzelać w kukle wyobrażają sobie na jej miejscu Justina. Po 5 minutach mi przeszło.  Cała wściekłość uszla ze mnie jak powietrze z przebitego balonu.
-Wszyscy! Przyjdzcie na ring! Nasz gość przyjechał! - krzyknął Justin.  Oho. No to teraz się zacznie rzeźnia. Bardzo wolno weszłam na  ring.  Przecisnelam się pomiędzy moimi  przyjaciółmi aby zobaczyć nowego. Obok Justina stał  chłopak o wzroście ponad 180 cm wzrostu, ciemnych zmierzwionych brązowych włosach, czarnych  dużych oczach i z małą blizną po prawej stronie dolnej wargi. W uszach miał po kilka kolczyków.  Ciało miał dobrze zbudowane i całe pokryte bliznami oraz kilkoma tatuażami, lecz nie było widoczne co przedstawiają.  Ubrany był w białą bluzę na której miał czarną koszulę z krótkim rękawem, czarne spodnie rurki  i białe Nike Air force. Na szyi miał czarno czerwone słuchawki, na plecach czarny duży plecak a w ręku ogromną walizkę i torbę.  
-Przedstaw się.  -powiedział Justin. 
-Cześć wszystkim -powiedział lekko ochryplym lecz bardzo przyjemnym głosem.  -Jestem Christian Miller.Mam 18 lat i przesłano mnie tutaj z Nowego Jorku jako wasz nowy członek.  Milo was poznać. -dokończył bez żadnego wyrazu na twarzy. Był cholernie przystojny,  był to niezaprzeczalny fakt. Ale w jego oczach było coś co wywoływało u mnie strach. Jego wzrok nie należał do tych przyjemnych. Był to wzrok kolesia którego widuje się w ciemnych uliczkach i czeka na osobę której mógłby wbić twarz w ziemię i okraść. Jeżeli ktoś zastanawia się nad tym jaki wyraz twarzy ma seryjny morderca to ten chłopak był odpowiedzią.Nasze oczy się spotkały. W tym momencie moje serce zaczęło bić trzy razy szybciej niż wcześniej. Nie jestem pewna czy jego wzrok mnie pociągał czy przerażał. Cóż. Zdecyduje się o tym później. W końcu jak to mówią : Kobieta zmienną jest. Chłopak podszedł do nas i zaczął się z każdym witać. Na jego twarzy zagościł chwilowy uśmiech. Dopóki nie podszedł do mnie. Kiedy do mnie podszedł jego uśmiech znikł tak szybko jak się pojawił, a jego wzrok był dość wymowny. A mówił on: CO TO MA BYĆ ZA CUDAK.
-Hej.-powiedziałam topiąc pierwsze lody.-Jestem Shiro. Od dzisiaj będziemy partnerami.
-Cześć.Jestem Chris. Wiem. Niestety ale wiem o tym że, będziemy partnerami.
-Niestety ?-zapytałam delikatnie zirytowana.
-Tak.Niestety. Trzeba ci to przeliterować? Myślę że nie.
-Co jest z tobą nie tak? Masz do mnie jakiś problem?
-Tak. Nie lubię pracować z babami.-powiedział buńczucznie unosząc brodę. 
-Tak się składa że mnie też praca z tobą się nie uśmiecha.
-Ah tak? A to niby dlaczego ?
-Nie lubię pracować z rozwydrzonymi frajerami.-odpowiedziałam kładąc ręce na biodrach.
-Coś podejrzewam,że się nie dogadamy, co? 
-Raczej nie sądzę.
-Posłuchaj mnie Króliczku. Ja będę odwalał całą brudną robotę a ty nie będziesz mi przeszkadzać.Ok?
-A to niby dlaczego?-krzyknęłam-Co? Uważasz że sobie nie poradzę? że jestem tak słaba, że nic nie umiem zrobić,by ci pomóc?
-Tak. Dokładnie.
-Lepiej już się przymknij. Chyba że chcesz abym nakarmiła cię twoimi własnymi zębami.
-Uuuuu. Groźnie. Umiesz coś oprócz gadania? Pewnie nie. Więc przymknij się łaskawie. Bo inaczej
-Bo inaczej co?!-przerwałam mu.
-Co jest,mamy wciąż pięć lat?
-Sześć. I posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie. Wiem że to będzie dość duży problem ale postaraj się. NIE OBCHODZI MNIE SKĄD JESTEŚ ANI CO UMIESZ. JEŻELI NIE CHCESZ SKOŃCZYĆ W GIPSIE LEPIEJ STĄD SPADAJ. ŁAPIESZ.?!!-krzyknęłam ponownie.
-Oj zamknij się w końc-przerwałam mu uderzając co w podbródek. Upadł na ziemię.
-Co jest? To wszystko? Jeden cios i już leżysz? Smutne trochę. Myślałam że będzie z tobą więcej zabawy skoro tak się przechwalałeś.-w tym momencie podciął mi nogi i upadłam na ziemię.Chłopak szedł prosto na mnie. Kiedy podszedł wystarczająco blisko odbiłam się obiema rękami od parkietu i uderzyłam stopami w jego twarz. CHłopak otarł krew z wargi i uderzył mnie w nos. Polała się z niego krew. Chris posłał serię ciosów. Uderzył mnie w brzuch, ramię i piszczel. Podbiegłam do niego i uderzyłam go z rozpędu w brzuch. Chłopak skulił się w przypływie bólu.Przywaliłam mu jescze z pięści w oko i odeszłam od niego. Już miałam dać mu porządnego kopa w kolano ale ktoś stanął pomiędzy nami. Był to Justin.
-Czy wy żeście powariowali?! Zaraz sam skopię wam dupska jeżeli się nie uspokoicie.
-Ale to on zaczął-wtrąciłam.
-Gówno prawda! To ty pierwsza mnie uderzyłaś!
-Sprowokowałeś mnie do tego!
-Cisza! Zamknąć się oboje. Jesteście od dzisiaj partnerami czy to się wam podoba czy nie! I albo nauczycie się ze sobą współpracować albo oby dwoje zostanienice tutaj i będziecie czyść broń zamiast chodzić na misje! Zrozumiano?!
-Jezu.. ale ja nie..
-PYTAŁEM CZY ZROZUMIELIŚCIE!!!!
-Tak.-odpowiedziałam smętnie.
-Tak.-Chris również odpowiedział, lecz bardzo cicho.
-A teraz oby dwoje idźcie się opatrzyć. Dość mocno się pokiereszowaliście. I żeby nie było. Macie to zrobić SOBIE NA WZAJEM. I liczę że się przeprosicie i jakoś dogadacie, ok?
-Dobrze.-odpowiedziałam podczas gdy Chris szedł po swoje rzeczy.
-Shiro. Zaprowadź go do jego pokoju. Wiesz który to. A tak poza tym to to była calkiem dobra walka. Jeżeli oby dwoje będziecie tak walczyć przeciwko sowim wrogom do macie w kieszeni każdą wygraną.-powiedział z uśmiechem odchodząc.Szybko podbiegłam do Chrisa i wskazałam ruchem ręki w która stronę mamy pójść aby dotrzeć do lekarskiego. Chris bez żadnego sprzeciwu poszedł za mną. Trochę mnie to zdziwiło. Kiedy doszliśmy posadziłam chłopaka na łóżku. Wzięłam kilka potrzebnych rzeczy i sama usiadłam na przeciwko niego.Jako pierwsza wzięłam wacik nasączony wodą utlenioną aby przemyć ranę na jego wardze.
-Słuchaj...-zaczęłm zbliżając wacik do jego wargi.-przepraszam za to.-kontynuowałam nie przerywając czynności. O dziwu pozwolił mi na dotknięcie siebie.
-Ja też przepraszam. Powiedziałem trochę za dużo i za dużo zrobiłem.-powiedział skruszony patrząc na mój krwawiący nos.
-W porządku... ja z resztą tez trochę za moco cię uderzałam. To było głupie. W sumie to nie mamy powodów żeby się kłócić. W końcu znamy się jakieś 15  minut. NIe mamy za co się nie lubić. W końcu partner to nie koniec świata.
-Chyba masz rację. Wiesz; jesteś dość silna. Jak na dziewczynę. 
-Dzięki.-powiedziałam z uśmiechem. Nakładając masć na ranę. -Hej. Boli cię jeszcze gdzieś? -Oko i-Brzuch. Podejrzewam że są tam teraz siniak ale to nic. Potem położe tam lód i po sprawię. A ciebię? Boli cię coś?
-Trochę nos.,brzuch i ramię. Ale tak jak mówiłeś to tylko siniaki. 
-Lepiej je pokaż. Uderzałam dość mocno więc może coś być.-objął mnie delikatnie w pasie i spojrzał na mój brzuch .-Kurde... zrobił ci się ogromny siniak na brzuchu. Jeszcze raz przepraszam.
-Nic się nie stało.To co rozejm ?-zapytałam,wyciągając rękę na znak pokoju.
-Rozejm.-uścisnął moją dłoń. Nie mocno ale tak abym poczuła.-A tak w ogóle to ile masz lat?
-16. Ale za kilka miesięcy mam urodziny.
-Czyli dwa lata różnicy,co ?
-Mniej. 
-Ok, ok. Niech będzie, króliczku.
-Dlaczego co chwile do mnie mówisz króliczku ? To irytujące.
-Przez kolor twoich włosów i oczu wyglądasz jak królik. Mnie się wydaje że to urocze przezwisko, króliczku.-powiedział delikatnie się uśmiechając.
-A tak poza tym to dlaczego chiałeś znać mój wiek?
-Chciałem wiedzieć czy legalnie będziemy mogli uprawiać seks.-odpowiedział uśmiechając się szeroko pokazując mi swoje śnieżno białe proste zęby. Czółam jak moje policzki oblewają się rumieńcem. Żuciłąm w niego poduszką.
-Zgłupiałeś?!
-Hahahahahhahahaha. Żartuję. Żartuję. Po prostu byłem ciekawy.Nie jesteś w moim stylu, więc raczej nie przespał bym się z tobą. Poza tym nie jestem taki. Ale to było zabawne. Musiała byś zobaczyć swoją minę. Twoja twarz przypomina cegłę.
-Oj zamknij się zboczeńcu! 
-Co za świętoszek.-podszedł do mnie, złapał za oby dwie ręce i wywrócił na łóżko nadal trzymając mnie za ręce.
-Hej. Puszczaj mnie.-powiedziałam czując jego oddech na mojej skórze.
-Co ty taka nie śmiała?-powiedział puszczając mnie powoli.-Tylko minie mów że jeszcze nigdy nie upra..
-Nie. Nie śpieszy mi się z tym. A poza tym to nie twoja sprawa. -rzuciłam wstając.-Chodżmy już. Zaprowadzę cię do twojego pokoju.- powiedziałm pośpiesznie wychodząc z gabinetu. Czułam że moją twarz ponownie stała się czerwona. PO kilku sekundach z pokoju wyszedł Chris. Który wyraźnie coś ode mnie chciał,bo przez cały czas wpatrywał się we mnie wyczekująco.
-O co chodzi?-zapytałam wreszcie.
-Powiedz... jak to sie stało że jeszcze nie robiłaś"tego"?-zapytal wyraźnie rozbawiony.
-Nawet się nie całowałam a co dopiero robić"to". Z resztą nie ważne. Nie twój biznes. 
-Nawet się nie całowałaś ? 
-Proszę bardzo śmiej się.
-Nie uważam że to śmieszne.
-Zatem skończmy temat.
-Oki doki.-odpowiedział posłusznie. 
-Oto twój pokój. Jeśli będziesz czegoś potrzebował to nie krępuj się o to zapytać kogokolwiek z grupy. Wszystko jest do twojej dyspozycji. Oprócz mojego pokoju. NIe masz prawa wchodzić tam bez pozwolenia. Co do reszty musisz się ich spytać. A teraz wybacz ale muszę już iść. Mam jeszcze przed sobą 3 godziny treningu który został mi przerwany przez ciebię. Narka.-dorzuciłam obracając się na pięcie. 
-Papa, króliczku.! -odpowiedział uradowany. Zupełnie inna osoba. W pierwszej minucie zimny jak lód a w nastęonije słodki jak miód. Dziwne zachowanie. No ale nie ma co narzekać. 

White rabbit cz.3

Jestem Miranda Park. Dla przyjaciół Mira. Mam 16 lat i tak jak ty nie mam rodziców.  Kiedy miałam 9 lat zginęli w walce z MAD'em.Od kilku dobrych lat mieszkam z Suzie i panem Collinsem. Miło mi cię poznać.  Mam nadzieje że będziemy dobrymi przyjaciółmi. -usiadła. 
-Hej, jestem Krystal Liu.-powiedziała czerwono włosa. - Jestem w połowie japonką a w połowie koreanką. Mam 10 lat. Moi rodzice żyją i nie mam żadnej tragicznej historii do opowiedzenia. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować to mów śmiało.
-Jestem Suzie Collins.Mam 13 lat. Moja mama nie żyje od dwóch lat a mój ojciec jak widać trzyma się dobrze.  I nie wiem co mam jeszcze o sobie powiedzieć. Mam nadzieje że się dogadamy. -pana Collinsa pominięto. 
-Ethan Wood.-zaczął mówić chłopak o średnim wzroście, dość jasnej karnacji, piwnych małych oczach i pomarańczowych włosach. - Lat 15. Mój ojciec zginął 3 lata temu w walce z MAD'em. Matka uciekła do innego kraju i ma tam nową rodzinę.  Miło poznać, bezimienna.
-Hej mała.jestem Jackson Tremain.-odezwał się z uśmiechem dość chudy chłopak o farbowanych na niebiesko włosach z wygolonym i smutnych szarych oczach.- Mam 13 lat i w sumie to nie wiem co się dzieje z moimi rodzicami. Bądźmy od teraz przyjaciółmi.-powiedział szybko i uśmiechnął się do mnie serdecznie.
-Jestem Justin Holmes.-odezwał sie ostatni człowiek w grupie. Miał krótkie blond włosy  postawione na jeżyka. Na prawym policzku miał dużą bliznę. - Mam 17lat i jestem najstarszy z naszego zespołu nie licząc pana Collinsa
16.-Jesteśmy!- oznajmiła wchodząc ze mną do dużej jadalni Mira.-Nasza nowa koleżanka nareszcie wygląda jak człowiek. I wicie co? Ona nawet potrafi mówić. -zazartoaala ze mnie. Lecz mimo to nie urazilo mnie to. Wrecz przeciwnie rozbawiło tak samo jak resztę. W jadalni siedziało osiem osób łącznie ze mną. Wszyscy usiedlismy do ogromnego stołu. Patrząc od prawej siedziałam ja kolo mnie Mira, później czerwono włosa dziewczyna której nie znalam,potem Suzie, pan Collins i 3 chłopaków których tez nie znałam.  Mira wstała i ucieszyła wszystkich gestem dłoni. 
-Ponieważ nasza nowa towarzyszka jest nam w większości nie znana pozwólmy jej się przedstawić, powiedzieć coś o sobie,  a potem my zrobimy to samo.  Co wy na to ?- wszyscy się zgodzili. Mira wskazała na mnie głową abym wstała z miejsca. Zrobiłam to o co mnie poprosiła. 
-No więc.mam na imię Alicja... Chyba... właściwie to nie wiem jak mam na imię... ale mam nadzieje że razem coś wymyślimy.  Mam 7 lat. Urodziłam się 12 stycznia. Nie mam żadnej rodziny i przez 5 lat byłam torturowana przez tych czubkow z MAD'u. Wczoraj ujawniły się we mnie jakieś popaprane moce i zmienil się mój wyglad  po wstrzyjniecu jakiegoś badziewia. Zabiłam prawie 40 osób i ucieklam. To tyle. Milo was poznać. -dokończylam i usiadłam na swoim miejscu.  Wszystkie oczy byly skierowane w moją stronę. Niektóre wyrażały żal, jeszcze inne współczucie. Mira szybko wstała i przerwała milczenie. -co ty na to żeby ci je troszkę podciac ? 
-Ok.
- No  to oki.- Mira przegrała mnie w czystą białą koszulę do kolan z długim rękawem w różowe kwiatki. Na nogi założyła pudrowo różowe miękkie kapcie i poradziła mnie przy toaletce zaraz przed lustrem.  Odgarnela wszystkie włosy do tylu i zaczęli je rozczesywac. Były niesamowicie poplątane ale wilgotne wiec łatwiej było rozczesywac koltuny. Włosy sięgały aż za krzesło. 
-Co ty na to żeby zrobić ci grzywkę
? Wydaje mi się ze ładnie by ci w niej było.
-Zrób jak uważasz. - zaczęła ciąć wlosy.po kikku minutach włosy były do ramion( jak u fryzjera kiedy prosisz o same końcówki a on obcina ci je o 30 cm) i z pół okrągłą grzywką która delikatnie na chodziła na białe teraz brwi. Byłam teraz zupełnie inną osobą.  Co prawda nadal byłam przeraźliwie chuda ale moja skora zaczynała przybierać zdrowszego odcienia a a rany powoli znikały.
-Jesteś śliczną dziewczynką. -powiedziała zesoe szczerym uśmiechem Mira.- A teraz chodź.  Zjemy coś i przy okazji damy ci nowe imię. - Kiedy szliśmy przez korytarz nagle spytała- Słuchaj... może nie powinnam pytać ale co to za tatuaż na twoim mostku? 
- Tatuaż?-zapytałam zdziwiona. - A! Chodzi ci o to coś w kształcie niedokończone gwiazdy z dwoma kropkami? 
- No tak.
- no to nie mam pojęcia. Zrobiło się dopiero wczoraj. Tak samo jak kolor moich włosów, oczu i kły. 
18.-gdybyś miała jakieś problemy to ci pomogę.  Witaj w zespole młoda-powiedział z delikatnym, prawie nie zauważalnym uśmiechem.  Wszyscy się śmiali i dokazywali podczas posiłku. 
-No to. Jak damy jej na imię?- zapytał Jackson przeżywając kawałek mięsa. 
-Dobre pytanie. -odpowiedziała Justin.- Może damy jej imię z jakiegoś innego języka.  Zawsze kiedy dawałem imię moim psom to tak robiłem. 
- A więc teraz jestem psem? -zapytałam rozbawiona. 
-Nie, oczywiscie ze nie.  Ale można w sumie spróbować. Krystal zna aż 3 języki więc może przeciez je tłumaczyć. -powiedziała Suzie.
-Jakie jest pierwsze słowo jakie przychodzi wam do głowy kiedy mnie widzicie?-zapytałam wyraźnie zaciekawiona.
-Biały. -oznajmił pan Collins.- Kiedy na ciebie patrze kojarzysz mi sie z  czymś czystym,  białym, promiennym.
-Krystal.  Jak jest biały po...  no nie wiem...japońsku ?-zapytał Ethan.
-Biały? Biały po japońsku to shiro.
-Shiro...ładnie. Pasuje do ciebie -odpowiedziała  Mira.
-A więc zostaje Shiro.  -postanowił pan Collins. 
-Witaj w domu, Shiro.-powiedziała z usmiechem który roztopilby każdy lód ,Mira.

White rabbit cz.2

Spadając  modliłam się żeby nie skończyła jako mokra plama na betonie."Dasz radę Alicjo! Na pewno ci się uda!"pocieszalam się w duchu. Siła wiary była nie zwyciezona. Chwilę przed spotkaniem z ziemią wyleciałam w powietrze tym samym zapewniłam sobie bezpieczne lądowanie. Moje stopy dotknęły ziemnego betonu. Na dworze wiało i na dodatek padał śnieg. Na pewno było poniżej zera. Mimo tego że chłód był dokuczliwy biegłam przed siebie aby dotrzeć do miasta. Albo chociaż do miejsca w którym jest dużo ludzi abym mogla sie wymieszać  w tłum i ewentualnie gdzieś schować gdyby zaczęto mnie ścigać. A będą na pewno. Moja skóra stawała się coraz bledsza.  Jakby nie patrzeć jedyne co miałam na sobie to koszula która i tak była podarta. Zimno ktore rozlewalo się po całym ciele sprawiało że nogi zaczynały mi spowalniac.  Spodziewałam się tego że jezeli za kilka minut nie znajde się ciepłym pomieszczeniu to zamarzne Faktem jest, że biegłam przez jakieś półtorej godziny dopóki nie opadłam z sił. Był to największy dystans jaki przebiegłam w całym swoim życiu. Doszłam do jakiejś bardzo ruchliwej ulicy.  Wszyscy ludzie patrzyli się na mnie jak na jakąś zarazę. "To pewnie przez to jak wyglądam" pomyślałam.Podbiegłam do pierwszego lepszego sklepu aby przejrzeć się w szybie.  Faktycznie, wyglądałam okropnie, jak jakiś bezdomny biedak. Dłonie i stopy miałam sine od zimna które otaczało moją skórę, na prawie całym ciele miałam pełno sincow oraz rozcięć. Warga była przecięta i leciała z niej stożka krwi która pod wpływem zimna zamarzła, prawe oko było podbite,a z nosa leciały smarki które również zamarzaly, włosy miałam tak długie że niemal dotykały kolan.I jeszcze jedna ważna rzecz. Moje oczy nie zmieniły koloru,nadal były czerwone tak jak włosy,białe.  Kiedy wyszczezylam zęby zobaczyłam że kły nie były już takie duże jak wcześniej ale nadal były.  Co prawda nie zucaly się jakoś specjalnie w oczy więc w porządku. Na mojej szyi również była szrama. O wiele głębsza niż mi się zdawało. "Będzie blizna" pomyślałm  i ruszyłam z powrotem przed siebie.  Wiedziałam że nadal nie jestem bezpieczna ale nie wiedziałam dokąd ma pójść aby żadne z tych czubkow z PW(skrót od Powaleni Naukowcy jak to miałam w zwyczaju nazywać MAD czyli organizacje która mnie torturowala) mnie nie złapało. Zobaczyłam małą, wąską uliczkę z dużą ilością kontenerów z ubraniami dla biednych.  Pomyślałam że może znajdę tam coś co mogłabym na siebie zarzucić aby nie zamrznac. Wslizgnelam sie do jednego z kontenera i znalazłam w nim czarną bluzę z kapturem.  Sądząc po rozmiarze była męska.  O dziwo nawet ładnie pachniała. Truskawkami i płynem do płukania jak rozpoznałam. Bluza była tak duża że zakrywala mi nawet kolana. Miłe uczucie ciepła rozlewalo się po całym ciele.  Priorytetem były dla mnie ręce i stopy.  Więc zaczęłam szukać czegoś co mogłabym założyć.Wygrzebalam jeszcze parę rękawiczek które były dziurawe oraz skarpetki które były na mnie za duże ale przynajmniej nie były dziurawe, oraz rozwalone trampki które -kto by się spodziewał- również były czarne i za duże. Na szczęście nie dużo bo tylko dwa lub trzy rozmiary. dodatkowo znalazłam sobie krótkie szare spodenki które w moim przypadku sięgały kostek. Zapewne również były męskie.  Zcisnelam sznurek i zawiązała go na supel (ponieważ inaczej nie potrafiłam) i ruszyłam przed siebie.  Włosy mi bardzo przeszkadzały więc schowałam je wszystkie pod bluzę za plecy i nałożyłam na głowę kaptur aby nie odmarzly mi uszy. Niestety  bylam coraz bardziej zmęczona. Przeszłam może 30 metrów i upadłam na ziemię. Znowu było mi zimno. Po chwili oczy zaczęły  się sklejac. Powieki były ciężkie. Odplynelam w głęboki sen. Przynajmniej tak mi się zdawało.  W rzeczywistości zemdlalam. Śniło mi się że widzialqm siebie i swoją mamę z którą się bawilwm. Twarz kobiety była zamazana, ale czułam przy niej ciepło po którym poznała że na pewno jest to mama. Zaczęłam sie przebudzac. Bardzo powoli otwierałam oczy aby przyzwyczaic je do światła. Wreszcie odzyskalam pełną ostrość. Leżałam na miekkim łóżku.  Kiedy podniosłam się do pozycji siedzącej zaczęłam sie dokladnie rozgladac po pomieszczeniu w którym leżałam. Moje rany były opatrzone i byłam tylko w swojej starej koszuli. Moje rany były opatrzone i byłam tylko w swojej starej koszuli.  Ubrania leżały obok mnie na krześle które stało obok łóżka. W pokoju dominował kolor brudnego różu oraz szarego.  Pościel była szara tak samo jak obicie krzeseł oraz kanapy. W pokoju stało jesze biurko oraz  duża szafa.  Pokój był schludny oraz przytulny.   byłam podpięta do kroplowki. Poczułam nagły scisk w gardle kiedy zobaczyłam kolo siebie pełno pustych strzykawek oraz zakrwawionych wacikow oraz bandaży. Nagle przez moją głowę zaczęły przewijać się wspomnienia ostatniej nocy. Melanie. Strzykawka. Walka. Skok z dachu. Ucieczka.  Sen. Kiedy sobie uświadomiłam że ktoś może chcieć zrobic mi krzywdę wyrwałam z ręki kroplowke i wybiegłam z pokoju. Byłam w jakiejś wielkiej rezydencji.  Kiedy biegłam przewróciłam się o wystajaca wykładzinę i rabnelam głową o mały stolik na którym stał wazon ze świeżymi białymi kwiatami. Pod wpływem uderzenia wazon spadł na ziemię i się potlukl. Zanim zdążyłam wstać wokół mnie zebrało się pełno osób ubranych tak jakby chcieli iść na jakąś walkę.  W rękach kazdy miał broń. Niektorzy mieli pistolety, inni toporki a jesze inni noże bądź małe miecze.  Kiedy zobaczyłam tych wszystkich ludzi zaczęła płakać i kulic sie ze strachu. 
-Stać!- krzyknął ktoś kto dopiero co wchodził na korytarz. Był to mężczyzna kolo 40 w białym kitlu. Miał ciemne brązowe włosy przez które przebijalo się kilka siwych włosów. Oczy miał podkrażone a na twarzy miał kilku dniowy zarost .Jego ciemne brązowe oczy były niesamowicie ciepłe.  Kiedy w nie patrzyłam czułam ze sie chwilowo uspokajam  No tak. Biały kitel. Moj strach powrócił i to w o wile większym stopniu.  
-Opuścić broń.-polecił stanowczo nadal wpatrując się we mnie. -Boi się was durnie! Nie widzicie tego?!-powiedział podnosząc głos. Wszyscy posłuchali i ostroznie schowali swoją broń. -Nie bój się.  Jesteś tutaj bezpieczna. -powiedział do mnie bardzo miękko.  Przez chwilę miałam nawet ochotę mu uwierzyć,ale tylko przez chwilę. Kiedy sie zbliżył ja się cofnelam wbijajac sobie przy tym odłamki szkła w rękę. Zaczęłam krwawic i mimi tego że cholernie bolało nic nie powiedziałam.  Nie znałam tych ludzi. Nie ufalam im. Kiedy kitel zobaczył strach w moich oczach odsunął się ode mnie na bezpieczną odległość i usiadł po turecku przede mną. -Suzie, skarbie przynieś mi zestaw opatrunkowy. Nasz gość się skaleczyl.  
-Dobrze, tato.-skinela głową ciepło się do mnie usmiechajac. Była to niska dziewczyna o ciemnej karnacji ,brązowych kręconych włosach oraz czarnych dużych oczach. 
-Nie bój się. -powtórzył- Nikt z obecnych tutaj ludzi nie ma chodzby najmniejszego zamiaru zrobić ci krzywdy. Jestem Doktor William Collins. Jestem lekarzem dla tych tutaj.  Chociaż studiowałem medycynę i mam licencję lekarza i wgl...to mimo wszystko z zawodu jestem biznesmenem. Śmieszne prawda? - cisza.-Em.. no dobrze... widzę że jak na razie nie masz ochoty ze mną rozmawiać... a więc pozwól że będę zadawał ci pytania a ty będzieszkiwac głową na tak i nie. Ok?- kiwnelam twierdząco. 
-No to zaczynamy. Czy ściga cie MAD?-kiwniecie na tak.
- Czy zrobili ci coś złego?- znowu tak.
-Czy pamiętasz co?-tak.
-Czy mogłabyś mi opowiedzieć co się tam działo?- kiwniecie na nie. Nie chciałam na razie rozmawiać z tymi ludźmi o tym co się tam działo.  Nie ufalam im jeszcze.
-No dobrze. Czy masz jakąś rodzinę?-nie.
-Boisz się nas? - Tak. Nie. Nie wiem.  Wzruszyłam ramionami.
-Boli cię coś? -O dziwo nie. No oprócz ręki. Podniosłam dłoń qby pokazać co mnie boli.
- A oprócz tego?- Nie.
-Wspaniale. Leki zapewne zadziałały. Jesteś głodna?- szybkie kiwanie głową. 
- Kiedy ostatnio jadlas? -dobre pytanie.  Chyba ostatni posiłek był 5 dni temu.  Pokazała ręką pięć palców. 
-5 godzin temu?- kiwnelam przecząc.- 5 dni ?- tak.
- Biedna. -odezwał się jakiś dziewczęcy głos. 
-Dobrze.  Za 30 minut będzie obiad. Bedziesz jadła razem z nami. Dobrze? -tak.-Mira. Pozwól tutaj.- do kitla podeszła blond włosa, średniego wzrostu dziewczyna o zielonych oczach. 
- Zajmiesz się nią do obiadu. Umyjesz,przebierzesz, i dasz nowy opatrunek.  
- Się robi. -powiedziała i pogłaskala mnie po głowie.  W tym momencie weszła córka kitla z opatrunkami. Doktorek szybko przemyl mi rękę, wyjal kawałki szkła i zakleil plastrem.
-A teraz rozesc się. -powiedział stanowczo. Podeszła do mnie ta sama dziewczyna co wcześniej i zaczęła Prowadzić do łazienki. Pomieszczenie było ogromne.  Było całe w białych kafelkach.  Była tam ogromna wanna, prysznic, WC, zlew kilka szafek i lustro.  Wnętrze było bardzo miłe ale również luksusowe. Dopełnieniem bieli było złoto i żółć. 
-Ja jestem Miranda. W skrócie Mira.-mówiła cicho aby mnie nie wystraszyć, jednocześnie sądząc mnie na szafce przy wannie która wlasnie napełniala się wodą. Dolala tam jeszcze jakiś kolorowych płynów o prześlicznym malinowym zapachu delikatnie pięścil moje nozdrza.-Mam 16 lat-kontynuowala-moja jedyną rodziną są zabójcy oraz doktor Collins. A ty jak masz na imię?- spytała ściągając ze mnie koszulę. Wiedziałam że nie ma zamiaru zrobić mi krzywdy więc pozwoliłam jej na to. Później włożyła mnie do wanny z bardzo ciepłą wodą i zaczęła dokładnie lecz delikatnie szorować. 
-Alicja. -powiedziałam cichutko. 
-Co?-zapytała bardzo zdziwiona jakby usłyszała potwora.-Alicja-powtorzylam głośniej. -Mam na imię Alicja.... tak sądzę...
-Jejku.. na prawdę coś powiedziałaś.  Myslalam że się przeslyszalam. A więc twierdzisz że masz na imię Alicja?
- No chyba tak... właściwie to nie wiem jak mam na imię.  Dali mi takie w MAD'zie więc nie wiem jak mam na imię na prawdę. 
- Lubisz je?
-Swoje imię? Nie. Przypomina mi o tych wariatach.
-Więc co ty na to aby ci je zmienić?
-Czemu nie. -rozmowa nadal trwała.  Mira bardzo dokladnie mnie umyla i wysuszyla.
-Ale masz długie włosy... jak długo ich nie obcinalas ? 
-Jakieś pięć lat?
- O mój Boże.  Jak długo.