Spadając modliłam się żeby nie skończyła jako mokra plama na betonie."Dasz radę Alicjo! Na pewno ci się uda!"pocieszalam się w duchu. Siła wiary była nie zwyciezona. Chwilę przed spotkaniem z ziemią wyleciałam w powietrze tym samym zapewniłam sobie bezpieczne lądowanie. Moje stopy dotknęły ziemnego betonu. Na dworze wiało i na dodatek padał śnieg. Na pewno było poniżej zera. Mimo tego że chłód był dokuczliwy biegłam przed siebie aby dotrzeć do miasta. Albo chociaż do miejsca w którym jest dużo ludzi abym mogla sie wymieszać w tłum i ewentualnie gdzieś schować gdyby zaczęto mnie ścigać. A będą na pewno. Moja skóra stawała się coraz bledsza. Jakby nie patrzeć jedyne co miałam na sobie to koszula która i tak była podarta. Zimno ktore rozlewalo się po całym ciele sprawiało że nogi zaczynały mi spowalniac. Spodziewałam się tego że jezeli za kilka minut nie znajde się ciepłym pomieszczeniu to zamarzne Faktem jest, że biegłam przez jakieś półtorej godziny dopóki nie opadłam z sił. Był to największy dystans jaki przebiegłam w całym swoim życiu. Doszłam do jakiejś bardzo ruchliwej ulicy. Wszyscy ludzie patrzyli się na mnie jak na jakąś zarazę. "To pewnie przez to jak wyglądam" pomyślałam.Podbiegłam do pierwszego lepszego sklepu aby przejrzeć się w szybie. Faktycznie, wyglądałam okropnie, jak jakiś bezdomny biedak. Dłonie i stopy miałam sine od zimna które otaczało moją skórę, na prawie całym ciele miałam pełno sincow oraz rozcięć. Warga była przecięta i leciała z niej stożka krwi która pod wpływem zimna zamarzła, prawe oko było podbite,a z nosa leciały smarki które również zamarzaly, włosy miałam tak długie że niemal dotykały kolan.I jeszcze jedna ważna rzecz. Moje oczy nie zmieniły koloru,nadal były czerwone tak jak włosy,białe. Kiedy wyszczezylam zęby zobaczyłam że kły nie były już takie duże jak wcześniej ale nadal były. Co prawda nie zucaly się jakoś specjalnie w oczy więc w porządku. Na mojej szyi również była szrama. O wiele głębsza niż mi się zdawało. "Będzie blizna" pomyślałm i ruszyłam z powrotem przed siebie. Wiedziałam że nadal nie jestem bezpieczna ale nie wiedziałam dokąd ma pójść aby żadne z tych czubkow z PW(skrót od Powaleni Naukowcy jak to miałam w zwyczaju nazywać MAD czyli organizacje która mnie torturowala) mnie nie złapało. Zobaczyłam małą, wąską uliczkę z dużą ilością kontenerów z ubraniami dla biednych. Pomyślałam że może znajdę tam coś co mogłabym na siebie zarzucić aby nie zamrznac. Wslizgnelam sie do jednego z kontenera i znalazłam w nim czarną bluzę z kapturem. Sądząc po rozmiarze była męska. O dziwo nawet ładnie pachniała. Truskawkami i płynem do płukania jak rozpoznałam. Bluza była tak duża że zakrywala mi nawet kolana. Miłe uczucie ciepła rozlewalo się po całym ciele. Priorytetem były dla mnie ręce i stopy. Więc zaczęłam szukać czegoś co mogłabym założyć.Wygrzebalam jeszcze parę rękawiczek które były dziurawe oraz skarpetki które były na mnie za duże ale przynajmniej nie były dziurawe, oraz rozwalone trampki które -kto by się spodziewał- również były czarne i za duże. Na szczęście nie dużo bo tylko dwa lub trzy rozmiary. dodatkowo znalazłam sobie krótkie szare spodenki które w moim przypadku sięgały kostek. Zapewne również były męskie. Zcisnelam sznurek i zawiązała go na supel (ponieważ inaczej nie potrafiłam) i ruszyłam przed siebie. Włosy mi bardzo przeszkadzały więc schowałam je wszystkie pod bluzę za plecy i nałożyłam na głowę kaptur aby nie odmarzly mi uszy. Niestety bylam coraz bardziej zmęczona. Przeszłam może 30 metrów i upadłam na ziemię. Znowu było mi zimno. Po chwili oczy zaczęły się sklejac. Powieki były ciężkie. Odplynelam w głęboki sen. Przynajmniej tak mi się zdawało. W rzeczywistości zemdlalam. Śniło mi się że widzialqm siebie i swoją mamę z którą się bawilwm. Twarz kobiety była zamazana, ale czułam przy niej ciepło po którym poznała że na pewno jest to mama. Zaczęłam sie przebudzac. Bardzo powoli otwierałam oczy aby przyzwyczaic je do światła. Wreszcie odzyskalam pełną ostrość. Leżałam na miekkim łóżku. Kiedy podniosłam się do pozycji siedzącej zaczęłam sie dokladnie rozgladac po pomieszczeniu w którym leżałam. Moje rany były opatrzone i byłam tylko w swojej starej koszuli. Moje rany były opatrzone i byłam tylko w swojej starej koszuli. Ubrania leżały obok mnie na krześle które stało obok łóżka. W pokoju dominował kolor brudnego różu oraz szarego. Pościel była szara tak samo jak obicie krzeseł oraz kanapy. W pokoju stało jesze biurko oraz duża szafa. Pokój był schludny oraz przytulny. byłam podpięta do kroplowki. Poczułam nagły scisk w gardle kiedy zobaczyłam kolo siebie pełno pustych strzykawek oraz zakrwawionych wacikow oraz bandaży. Nagle przez moją głowę zaczęły przewijać się wspomnienia ostatniej nocy. Melanie. Strzykawka. Walka. Skok z dachu. Ucieczka. Sen. Kiedy sobie uświadomiłam że ktoś może chcieć zrobic mi krzywdę wyrwałam z ręki kroplowke i wybiegłam z pokoju. Byłam w jakiejś wielkiej rezydencji. Kiedy biegłam przewróciłam się o wystajaca wykładzinę i rabnelam głową o mały stolik na którym stał wazon ze świeżymi białymi kwiatami. Pod wpływem uderzenia wazon spadł na ziemię i się potlukl. Zanim zdążyłam wstać wokół mnie zebrało się pełno osób ubranych tak jakby chcieli iść na jakąś walkę. W rękach kazdy miał broń. Niektorzy mieli pistolety, inni toporki a jesze inni noże bądź małe miecze. Kiedy zobaczyłam tych wszystkich ludzi zaczęła płakać i kulic sie ze strachu.
-Stać!- krzyknął ktoś kto dopiero co wchodził na korytarz. Był to mężczyzna kolo 40 w białym kitlu. Miał ciemne brązowe włosy przez które przebijalo się kilka siwych włosów. Oczy miał podkrażone a na twarzy miał kilku dniowy zarost .Jego ciemne brązowe oczy były niesamowicie ciepłe. Kiedy w nie patrzyłam czułam ze sie chwilowo uspokajam No tak. Biały kitel. Moj strach powrócił i to w o wile większym stopniu.
-Opuścić broń.-polecił stanowczo nadal wpatrując się we mnie. -Boi się was durnie! Nie widzicie tego?!-powiedział podnosząc głos. Wszyscy posłuchali i ostroznie schowali swoją broń. -Nie bój się. Jesteś tutaj bezpieczna. -powiedział do mnie bardzo miękko. Przez chwilę miałam nawet ochotę mu uwierzyć,ale tylko przez chwilę. Kiedy sie zbliżył ja się cofnelam wbijajac sobie przy tym odłamki szkła w rękę. Zaczęłam krwawic i mimi tego że cholernie bolało nic nie powiedziałam. Nie znałam tych ludzi. Nie ufalam im. Kiedy kitel zobaczył strach w moich oczach odsunął się ode mnie na bezpieczną odległość i usiadł po turecku przede mną. -Suzie, skarbie przynieś mi zestaw opatrunkowy. Nasz gość się skaleczyl.
-Dobrze, tato.-skinela głową ciepło się do mnie usmiechajac. Była to niska dziewczyna o ciemnej karnacji ,brązowych kręconych włosach oraz czarnych dużych oczach.
-Nie bój się. -powtórzył- Nikt z obecnych tutaj ludzi nie ma chodzby najmniejszego zamiaru zrobić ci krzywdy. Jestem Doktor William Collins. Jestem lekarzem dla tych tutaj. Chociaż studiowałem medycynę i mam licencję lekarza i wgl...to mimo wszystko z zawodu jestem biznesmenem. Śmieszne prawda? - cisza.-Em.. no dobrze... widzę że jak na razie nie masz ochoty ze mną rozmawiać... a więc pozwól że będę zadawał ci pytania a ty będzieszkiwac głową na tak i nie. Ok?- kiwnelam twierdząco.
-No to zaczynamy. Czy ściga cie MAD?-kiwniecie na tak.
- Czy zrobili ci coś złego?- znowu tak.
-Czy pamiętasz co?-tak.
-Czy mogłabyś mi opowiedzieć co się tam działo?- kiwniecie na nie. Nie chciałam na razie rozmawiać z tymi ludźmi o tym co się tam działo. Nie ufalam im jeszcze.
-No dobrze. Czy masz jakąś rodzinę?-nie.
-Boisz się nas? - Tak. Nie. Nie wiem. Wzruszyłam ramionami.
-Boli cię coś? -O dziwo nie. No oprócz ręki. Podniosłam dłoń qby pokazać co mnie boli.
- A oprócz tego?- Nie.
-Wspaniale. Leki zapewne zadziałały. Jesteś głodna?- szybkie kiwanie głową.
- Kiedy ostatnio jadlas? -dobre pytanie. Chyba ostatni posiłek był 5 dni temu. Pokazała ręką pięć palców.
-5 godzin temu?- kiwnelam przecząc.- 5 dni ?- tak.
- Biedna. -odezwał się jakiś dziewczęcy głos.
-Dobrze. Za 30 minut będzie obiad. Bedziesz jadła razem z nami. Dobrze? -tak.-Mira. Pozwól tutaj.- do kitla podeszła blond włosa, średniego wzrostu dziewczyna o zielonych oczach.
- Zajmiesz się nią do obiadu. Umyjesz,przebierzesz, i dasz nowy opatrunek.
- Się robi. -powiedziała i pogłaskala mnie po głowie. W tym momencie weszła córka kitla z opatrunkami. Doktorek szybko przemyl mi rękę, wyjal kawałki szkła i zakleil plastrem.
-A teraz rozesc się. -powiedział stanowczo. Podeszła do mnie ta sama dziewczyna co wcześniej i zaczęła Prowadzić do łazienki. Pomieszczenie było ogromne. Było całe w białych kafelkach. Była tam ogromna wanna, prysznic, WC, zlew kilka szafek i lustro. Wnętrze było bardzo miłe ale również luksusowe. Dopełnieniem bieli było złoto i żółć.
-Ja jestem Miranda. W skrócie Mira.-mówiła cicho aby mnie nie wystraszyć, jednocześnie sądząc mnie na szafce przy wannie która wlasnie napełniala się wodą. Dolala tam jeszcze jakiś kolorowych płynów o prześlicznym malinowym zapachu delikatnie pięścil moje nozdrza.-Mam 16 lat-kontynuowala-moja jedyną rodziną są zabójcy oraz doktor Collins. A ty jak masz na imię?- spytała ściągając ze mnie koszulę. Wiedziałam że nie ma zamiaru zrobić mi krzywdy więc pozwoliłam jej na to. Później włożyła mnie do wanny z bardzo ciepłą wodą i zaczęła dokładnie lecz delikatnie szorować.
-Alicja. -powiedziałam cichutko.
-Co?-zapytała bardzo zdziwiona jakby usłyszała potwora.-Alicja-powtorzylam głośniej. -Mam na imię Alicja.... tak sądzę...
-Jejku.. na prawdę coś powiedziałaś. Myslalam że się przeslyszalam. A więc twierdzisz że masz na imię Alicja?
- No chyba tak... właściwie to nie wiem jak mam na imię. Dali mi takie w MAD'zie więc nie wiem jak mam na imię na prawdę.
- Lubisz je?
-Swoje imię? Nie. Przypomina mi o tych wariatach.
-Więc co ty na to aby ci je zmienić?
-Czemu nie. -rozmowa nadal trwała. Mira bardzo dokladnie mnie umyla i wysuszyla.
-Ale masz długie włosy... jak długo ich nie obcinalas ?
-Jakieś pięć lat?
- O mój Boże. Jak długo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz