Zeszłam z powrotem na dół aby kontynuować ćwiczenia. Po drodze spotkałam Krystal.
-Wszystko w porządku?-zapytała zmartwiona.
-Tak. Pewnie. Nic mi nie jest.
-Pogodziliście się ?
-Tak. Nie. Nie wiem. Chyba tak.
-Czyli co w końcu? Lubicie się czy nie koniecznie?
-Nie wiem. Mamy rozejm.
-W takim razie ok. Grunt to żebyście się nie pozabijali.
-Dokładnie tak. Dobra. Ja lecę nadal trenować. Pa.-powiedziałam i ominęłam ją z gracją.
Trening zajął mi tak jak podejrzewałam jakieś 3 godziny. Miałam wrażenie że moje mięśnie się roztopią. Byłam cała spocona więc od razu po treningu poszłam pod prysznic. Weszłam do pokoju i wkroczyłam od razu do łazienki.Zdziwiło mnie to że pod moim prysznicem nie leżały moje kosmetyki tylko jakieś męskie ale nie przejęłam się zbytnio. To pewnie kolejny głupi żart chłopaków. Często podmieniali mi rzeczy. Co to za przyjemność w prysznicu kiedy się nie śpiewa? Zaczęłam śpiewać sobie piosenkę Mariny and the daimonds -How to be a herat breaker myjąc przy tym włosy. Później umyłam resztę ciała. Wychodząc zmieniłam repertuar na piosenkę Girls Generation- Gossip Girls. Zorientowałam się że zapomniałam ubrań na zmianę i wyszłam z łazienki w samym ręczniku i zdałam sobie sprawę że.... to nie był mój pokój. Spojrzał w lewo i moim oczom ukazał się siedzący na łóżku pół nagi Christian który gapił sie na mnie z niedowierzaniem. Jego ciało było niesamowite. Miał na sobie tylko spodnie. Na jego ciele nie było prawie tłuszczu. Same mięśnie. Jego lewe ramię było w tatuażach. Ciężko mi było określić co się tam znajdowało, ale był to dość spory tatuaż. Również pod jego obojczykami znajdował się tatuaż. Był to napis który przechodził pod jednym obojczykiem aż do drugiego.
-Co ty tutaj robisz? I dlaczego myłaś się u mnie w łazience ?
-Eee...ha... ha.. taka głupia sytuacja....
-A to ponoć ja jestem zboczeńcem. No nie powiem. Dość odważny strój jak na nasze drugie spotkanie. Następnym razem pewnie nie będziesz miała na sobie żadnego ubrania. -zaśmiał się nie odrywając ode mnie wzroku.
-Po prostu pomyliłam pokoje. Przepraszam. Już mnie nie ma.
-Masz zamiar tak sobie wyjśc, króliczku?-uśmiechnął się do mnie tak jakby właśnie wilk obnażał swoje zęby aby pożreć swoją ofiarę. Bezbronnego królika. Podszedł do mnie i oparł swoją rękę o ścianę tak aby zagrodzić mi przejście. Z drugie strony zrobił to samo.
-Króliczek wpadł w pułapkę. I co teraz?
-Ładnie poproszę i mnie puścisz ?
-Musiał bym być kretynem aby puścić wolno taki smakołyk.-powiedział przybliżając swoją twarz niebezpiecznie blisko.
-Puść mnie. Proszę cię. -poprosiłam najladniej jak tyko potrafiłam robiąc maślane oczy.
-Żartowałem. Nic ci nie zrobię. Pamiętasz? Mam jakieś standardy. Trzymaj-podał mi czarną koszulkę z jakimś napisem.-Musi ci być zimno. W końcu jesteś tylko w ręczniku. A tak poza tym to jak się odwróciłaś było widać kawałejk twojego tyłka.-powiedział odchodząć z powrotem do łóżka.
-Ty zbolu jeden!
-Milczeć, babo.-odpowiedział kładąc się. Założyłam szybko t-shirt i biegiem wyszłam z pokoju.I równie szybko pobiegłam do swojego pokoju. W mojej głowie przez cały czas był obraz nagiej klatki piersiowej chłopaka, nie wspominając już o jego brzuchu.Kiedy przypominałam sobie jego ciało, ruchy, twarz; moje serce biło tak głośno że miałam wrażenie że wszyscy w zasięgu najbliższych 3 kilometrów je słyszą.
środa, 29 lipca 2015
poniedziałek, 27 lipca 2015
White rabbit cz.4
Lata mijały. Moje moce były coraz silniejsze. Po jakimś czasie nie umiałam nad nimi zapanować. Pan Colins razem z resztą zabójców nauczyli się jak pieczętować te ogromną moc. Na moim ciele znajdowało się 7 pieczęci. Wyglądały one jak tatuaże wiec nikt specjalnie nie zwracal na to uwagi. Moje pojedyncze zdolnosci zniknęły ale ta jedna nie chciała. Przez 9 lat miałam zabójczy trening. Nauczyłam się jak posługiwać się bronią, jak wykorzystać swoje zdolności i oczywiscie walka w ręcz gdyby zaszła potrzeba obronienia siebie bądź moich towarzyszy. Moje relacje z zabójcami były z roku na rok coraz silniejsze. Kochałam tych ludzi coraz bardziej. Moje obawy co do tego że mogą zrobić mi krzywdę znikały z każdą minutą. Robiły się coraz mniejsze, aż w końcu zniknęły. Byłam jednym z najlepszych zabójców w naszym gronie. Do pewnego czasu...
Była godzina 7:30. Mój budzik obudził mnie swoim denerwujacym oraz głośnym alarmem. Jakieś 15 minut zajęło mi same wstanie z łóżka. Nie znosiłam wstawać wcześnie rano. Pospiesznie ubrałam na siebie mój strój do ćwiczeń czyli czarny top sportowy, krótkie szare spodenki i czarne buty do biegania. Umylam buzię, zęby i związałam moje długie do połowy pleców białe włosy w koński ogon. Zbiegłam po schodach i pobiegalm do kuchni na szybkie śniadanie. Zjadalam dwa tosty z dżemem malinowym i wyszłam. W domu pana Collinsa znajdowała sie siłownia w której wszyscy cwiczylismy. Zbiegłam po schodach i weszłam do środka. W drzwiach przywitała mnie Krystal.Ta sama Krystal która nie była już 10 letnią dziewczynką lecz 19 letnią kobietą. Każdy się zmienił. Oczywiście oprócz tego że wszyscy byli pełnoletni (oprócz mnie (16lat)) każdy miał swoją miłość. Przepiękna Suzie miała teraz 22 lata i zeszła się z o 2 lata starszym Ethanem. Byli parą od jakiś 2 lat. 19 letnia Krystal była w związku od 1,5 roku. Jej wybrankiem został Jackson który mam teraz 22 lata. 3 lata różnicy to nie tak dużo. No i oczywiście moja kachana Mira która miała już 25 lat i spodziewała się dziecka. Tatusiem ów maleństwa ma zostać 26 letni Justin. Mira i Jus byli parą od kad Mira skończyła 19 lat. Od 3 lat byli bardzo szczesliwym małżeństwem. Muszę przyznać że wszystkie te pary były cudne. Trochę im zazdroscilam. Ale tylko troszkę. (Bardzo)
-Dobry!- wrzasenalm na całe pomieszczenie aby mieć pewność że wszyscy usłyszeli.
-Witaj Shi.-powiedziała Mira która właśnie kontrolowala trening na bieżni Justina. Justin przywitał mnie skinieniem. Zadko się zdazalo aby cos mówił podczas treningów. Podeszłam do Ethana który właśnie siedział na ringu.
-Hejka Et.- przywitałam się radośnie. -Ćwiczysz?
-Hej Shi.Taki miałem zamiar ale nikomu się nie chce ze mną ćwiczyć.
-No to co powiezz na maly sparing? Bardzo chętnie stopie ci tylek. -odpowiedziałam z szydzacym uśmiechem. Tak na prawdę tl wiedziałam że nie mam szans na zwycięstwo ale lubiłam denerwować Ethana.
-Zaraz się przekonamy kto tu komu skopie tylek. -odegrał się. Gole pięści i broń. Wtedy była najwieksza zabawa, a raczej najwieksze podobieństwo do prawdziwej walki. Wzięłam dwa noże przeznaczone do ćwiczeń. Innymi słowy były tak tępe ,że nie zrobiły by nikomu krzywdy. Ethan wziął mały toporek. Walka się zaczęła. Szybkim ruchem pobiegłam do Ethana i zadałam mu cios w twarz. Nie musiałam długo czekać na odzew. Ethan podcial mi nigi. Z hukiem upadłam na ziemię. Ethan usiadł na mnie okrakiem unieruchakiajac mi nogi. Zaserwowalam mu prawego sieropowego prosto w szczenke. Ethan nie zszedł ze mnie ale zmniejszył nacisk tym samym dając mi możliwość wstania. Zepchnelam go z siebie i wstałam. Chłopak uderzył mnie z kopa w brzuch. Upadłam na ziemię. Wymierzył we mnie toporkiem i próbował uderzyć w moje ramię ale się odsunelam i nie trafił. Kiedy sie na mnie ponownie żucil tym razem ja wymierzyłam cios. Jeden z noży wylądował przy jego gardle, drugi zaś zaraz przed klatką piersiową.
-Koniec gry. Wygrałam. -wysapalam. Oby dwoje padlismy na ring.
-No to...kiedy będę mogła iść na jakąś misję?
-Musisz się spytać Justina. Wiesz o tym. On tutaj rządzi. Ale myślę ze za nie długo.
-Mam taką nadzieję. Mam już dość tego że wy walczycie a ja siedzę na dupie.
-Spkojnie. Już za nie długo będziesz walczyć razem z nami. -odezwał się Justin. - Dzisiaj przylatuje do nas nowy zabójca z Nowego Jorku. Chyba jest od ciebie starszy ale pewny nie jestem.
-I co w związku z tym ?-zapytałam.
Była godzina 7:30. Mój budzik obudził mnie swoim denerwujacym oraz głośnym alarmem. Jakieś 15 minut zajęło mi same wstanie z łóżka. Nie znosiłam wstawać wcześnie rano. Pospiesznie ubrałam na siebie mój strój do ćwiczeń czyli czarny top sportowy, krótkie szare spodenki i czarne buty do biegania. Umylam buzię, zęby i związałam moje długie do połowy pleców białe włosy w koński ogon. Zbiegłam po schodach i pobiegalm do kuchni na szybkie śniadanie. Zjadalam dwa tosty z dżemem malinowym i wyszłam. W domu pana Collinsa znajdowała sie siłownia w której wszyscy cwiczylismy. Zbiegłam po schodach i weszłam do środka. W drzwiach przywitała mnie Krystal.Ta sama Krystal która nie była już 10 letnią dziewczynką lecz 19 letnią kobietą. Każdy się zmienił. Oczywiście oprócz tego że wszyscy byli pełnoletni (oprócz mnie (16lat)) każdy miał swoją miłość. Przepiękna Suzie miała teraz 22 lata i zeszła się z o 2 lata starszym Ethanem. Byli parą od jakiś 2 lat. 19 letnia Krystal była w związku od 1,5 roku. Jej wybrankiem został Jackson który mam teraz 22 lata. 3 lata różnicy to nie tak dużo. No i oczywiście moja kachana Mira która miała już 25 lat i spodziewała się dziecka. Tatusiem ów maleństwa ma zostać 26 letni Justin. Mira i Jus byli parą od kad Mira skończyła 19 lat. Od 3 lat byli bardzo szczesliwym małżeństwem. Muszę przyznać że wszystkie te pary były cudne. Trochę im zazdroscilam. Ale tylko troszkę. (Bardzo)
-Dobry!- wrzasenalm na całe pomieszczenie aby mieć pewność że wszyscy usłyszeli.
-Witaj Shi.-powiedziała Mira która właśnie kontrolowala trening na bieżni Justina. Justin przywitał mnie skinieniem. Zadko się zdazalo aby cos mówił podczas treningów. Podeszłam do Ethana który właśnie siedział na ringu.
-Hejka Et.- przywitałam się radośnie. -Ćwiczysz?
-Hej Shi.Taki miałem zamiar ale nikomu się nie chce ze mną ćwiczyć.
-No to co powiezz na maly sparing? Bardzo chętnie stopie ci tylek. -odpowiedziałam z szydzacym uśmiechem. Tak na prawdę tl wiedziałam że nie mam szans na zwycięstwo ale lubiłam denerwować Ethana.
-Zaraz się przekonamy kto tu komu skopie tylek. -odegrał się. Gole pięści i broń. Wtedy była najwieksza zabawa, a raczej najwieksze podobieństwo do prawdziwej walki. Wzięłam dwa noże przeznaczone do ćwiczeń. Innymi słowy były tak tępe ,że nie zrobiły by nikomu krzywdy. Ethan wziął mały toporek. Walka się zaczęła. Szybkim ruchem pobiegłam do Ethana i zadałam mu cios w twarz. Nie musiałam długo czekać na odzew. Ethan podcial mi nigi. Z hukiem upadłam na ziemię. Ethan usiadł na mnie okrakiem unieruchakiajac mi nogi. Zaserwowalam mu prawego sieropowego prosto w szczenke. Ethan nie zszedł ze mnie ale zmniejszył nacisk tym samym dając mi możliwość wstania. Zepchnelam go z siebie i wstałam. Chłopak uderzył mnie z kopa w brzuch. Upadłam na ziemię. Wymierzył we mnie toporkiem i próbował uderzyć w moje ramię ale się odsunelam i nie trafił. Kiedy sie na mnie ponownie żucil tym razem ja wymierzyłam cios. Jeden z noży wylądował przy jego gardle, drugi zaś zaraz przed klatką piersiową.
-Koniec gry. Wygrałam. -wysapalam. Oby dwoje padlismy na ring.
-No to...kiedy będę mogła iść na jakąś misję?
-Musisz się spytać Justina. Wiesz o tym. On tutaj rządzi. Ale myślę ze za nie długo.
-Mam taką nadzieję. Mam już dość tego że wy walczycie a ja siedzę na dupie.
-Spkojnie. Już za nie długo będziesz walczyć razem z nami. -odezwał się Justin. - Dzisiaj przylatuje do nas nowy zabójca z Nowego Jorku. Chyba jest od ciebie starszy ale pewny nie jestem.
-I co w związku z tym ?-zapytałam.
Nie czaje co ma jego przyjazd do moich misji.
-Ma to, że będziesz nareszcie miała partnera ty pustaku.
-Ja nie potrzebuje partnera. -warknęłam.
-Shiro... dobrze wiesz że to nie prawda.
-Ale ja go nie chcę!
-Nie obchodzi mnie to. Jeżeli nie zgadzasz się na moje warunki to nke dostaniesz żadnej misji. Wybieraj. - postarlam nerwowo dłonie. Krzyknęłam sfrustrowana i pędem podeszłam do strzelnicy. Wzięłam broń która leżała najbliżej mnie i zaczęłam strzelać w kukle wyobrażają sobie na jej miejscu Justina. Po 5 minutach mi przeszło. Cała wściekłość uszla ze mnie jak powietrze z przebitego balonu.
-Wszyscy! Przyjdzcie na ring! Nasz gość przyjechał! - krzyknął Justin. Oho. No to teraz się zacznie rzeźnia. Bardzo wolno weszłam na ring. Przecisnelam się pomiędzy moimi przyjaciółmi aby zobaczyć nowego. Obok Justina stał chłopak o wzroście ponad 180 cm wzrostu, ciemnych zmierzwionych brązowych włosach, czarnych dużych oczach i z małą blizną po prawej stronie dolnej wargi. W uszach miał po kilka kolczyków. Ciało miał dobrze zbudowane i całe pokryte bliznami oraz kilkoma tatuażami, lecz nie było widoczne co przedstawiają. Ubrany był w białą bluzę na której miał czarną koszulę z krótkim rękawem, czarne spodnie rurki i białe Nike Air force. Na szyi miał czarno czerwone słuchawki, na plecach czarny duży plecak a w ręku ogromną walizkę i torbę.
-Przedstaw się. -powiedział Justin.
-Cześć wszystkim -powiedział lekko ochryplym lecz bardzo przyjemnym głosem. -Jestem Christian Miller.Mam 18 lat i przesłano mnie tutaj z Nowego Jorku jako wasz nowy członek. Milo was poznać. -dokończył bez żadnego wyrazu na twarzy. Był cholernie przystojny, był to niezaprzeczalny fakt. Ale w jego oczach było coś co wywoływało u mnie strach. Jego wzrok nie należał do tych przyjemnych. Był to wzrok kolesia którego widuje się w ciemnych uliczkach i czeka na osobę której mógłby wbić twarz w ziemię i okraść. Jeżeli ktoś zastanawia się nad tym jaki wyraz twarzy ma seryjny morderca to ten chłopak był odpowiedzią.Nasze oczy się spotkały. W tym momencie moje serce zaczęło bić trzy razy szybciej niż wcześniej. Nie jestem pewna czy jego wzrok mnie pociągał czy przerażał. Cóż. Zdecyduje się o tym później. W końcu jak to mówią : Kobieta zmienną jest. Chłopak podszedł do nas i zaczął się z każdym witać. Na jego twarzy zagościł chwilowy uśmiech. Dopóki nie podszedł do mnie. Kiedy do mnie podszedł jego uśmiech znikł tak szybko jak się pojawił, a jego wzrok był dość wymowny. A mówił on: CO TO MA BYĆ ZA CUDAK.
-Hej.-powiedziałam topiąc pierwsze lody.-Jestem Shiro. Od dzisiaj będziemy partnerami.
-Cześć.Jestem Chris. Wiem. Niestety ale wiem o tym że, będziemy partnerami.
-Niestety ?-zapytałam delikatnie zirytowana.
-Tak.Niestety. Trzeba ci to przeliterować? Myślę że nie.
-Co jest z tobą nie tak? Masz do mnie jakiś problem?
-Tak. Nie lubię pracować z babami.-powiedział buńczucznie unosząc brodę.
-Tak się składa że mnie też praca z tobą się nie uśmiecha.
-Ah tak? A to niby dlaczego ?
-Nie lubię pracować z rozwydrzonymi frajerami.-odpowiedziałam kładąc ręce na biodrach.
-Coś podejrzewam,że się nie dogadamy, co?
-Raczej nie sądzę.
-Posłuchaj mnie Króliczku. Ja będę odwalał całą brudną robotę a ty nie będziesz mi przeszkadzać.Ok?
-A to niby dlaczego?-krzyknęłam-Co? Uważasz że sobie nie poradzę? że jestem tak słaba, że nic nie umiem zrobić,by ci pomóc?
-Tak. Dokładnie.
-Lepiej już się przymknij. Chyba że chcesz abym nakarmiła cię twoimi własnymi zębami.
-Uuuuu. Groźnie. Umiesz coś oprócz gadania? Pewnie nie. Więc przymknij się łaskawie. Bo inaczej
-Bo inaczej co?!-przerwałam mu.
-Co jest,mamy wciąż pięć lat?
-Sześć. I posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie. Wiem że to będzie dość duży problem ale postaraj się. NIE OBCHODZI MNIE SKĄD JESTEŚ ANI CO UMIESZ. JEŻELI NIE CHCESZ SKOŃCZYĆ W GIPSIE LEPIEJ STĄD SPADAJ. ŁAPIESZ.?!!-krzyknęłam ponownie.
-Oj zamknij się w końc-przerwałam mu uderzając co w podbródek. Upadł na ziemię.
-Co jest? To wszystko? Jeden cios i już leżysz? Smutne trochę. Myślałam że będzie z tobą więcej zabawy skoro tak się przechwalałeś.-w tym momencie podciął mi nogi i upadłam na ziemię.Chłopak szedł prosto na mnie. Kiedy podszedł wystarczająco blisko odbiłam się obiema rękami od parkietu i uderzyłam stopami w jego twarz. CHłopak otarł krew z wargi i uderzył mnie w nos. Polała się z niego krew. Chris posłał serię ciosów. Uderzył mnie w brzuch, ramię i piszczel. Podbiegłam do niego i uderzyłam go z rozpędu w brzuch. Chłopak skulił się w przypływie bólu.Przywaliłam mu jescze z pięści w oko i odeszłam od niego. Już miałam dać mu porządnego kopa w kolano ale ktoś stanął pomiędzy nami. Był to Justin.
-Czy wy żeście powariowali?! Zaraz sam skopię wam dupska jeżeli się nie uspokoicie.
-Ale to on zaczął-wtrąciłam.
-Gówno prawda! To ty pierwsza mnie uderzyłaś!
-Sprowokowałeś mnie do tego!
-Cisza! Zamknąć się oboje. Jesteście od dzisiaj partnerami czy to się wam podoba czy nie! I albo nauczycie się ze sobą współpracować albo oby dwoje zostanienice tutaj i będziecie czyść broń zamiast chodzić na misje! Zrozumiano?!
-Jezu.. ale ja nie..
-PYTAŁEM CZY ZROZUMIELIŚCIE!!!!
-Tak.-odpowiedziałam smętnie.
-Tak.-Chris również odpowiedział, lecz bardzo cicho.
-A teraz oby dwoje idźcie się opatrzyć. Dość mocno się pokiereszowaliście. I żeby nie było. Macie to zrobić SOBIE NA WZAJEM. I liczę że się przeprosicie i jakoś dogadacie, ok?
-Dobrze.-odpowiedziałam podczas gdy Chris szedł po swoje rzeczy.
-Shiro. Zaprowadź go do jego pokoju. Wiesz który to. A tak poza tym to to była calkiem dobra walka. Jeżeli oby dwoje będziecie tak walczyć przeciwko sowim wrogom do macie w kieszeni każdą wygraną.-powiedział z uśmiechem odchodząc.Szybko podbiegłam do Chrisa i wskazałam ruchem ręki w która stronę mamy pójść aby dotrzeć do lekarskiego. Chris bez żadnego sprzeciwu poszedł za mną. Trochę mnie to zdziwiło. Kiedy doszliśmy posadziłam chłopaka na łóżku. Wzięłam kilka potrzebnych rzeczy i sama usiadłam na przeciwko niego.Jako pierwsza wzięłam wacik nasączony wodą utlenioną aby przemyć ranę na jego wardze.
-Słuchaj...-zaczęłm zbliżając wacik do jego wargi.-przepraszam za to.-kontynuowałam nie przerywając czynności. O dziwu pozwolił mi na dotknięcie siebie.
-Ja też przepraszam. Powiedziałem trochę za dużo i za dużo zrobiłem.-powiedział skruszony patrząc na mój krwawiący nos.
-W porządku... ja z resztą tez trochę za moco cię uderzałam. To było głupie. W sumie to nie mamy powodów żeby się kłócić. W końcu znamy się jakieś 15 minut. NIe mamy za co się nie lubić. W końcu partner to nie koniec świata.
-Chyba masz rację. Wiesz; jesteś dość silna. Jak na dziewczynę.
-Dzięki.-powiedziałam z uśmiechem. Nakładając masć na ranę. -Hej. Boli cię jeszcze gdzieś? -Oko i-Brzuch. Podejrzewam że są tam teraz siniak ale to nic. Potem położe tam lód i po sprawię. A ciebię? Boli cię coś?
-Trochę nos.,brzuch i ramię. Ale tak jak mówiłeś to tylko siniaki.
-Lepiej je pokaż. Uderzałam dość mocno więc może coś być.-objął mnie delikatnie w pasie i spojrzał na mój brzuch .-Kurde... zrobił ci się ogromny siniak na brzuchu. Jeszcze raz przepraszam.
-Nic się nie stało.To co rozejm ?-zapytałam,wyciągając rękę na znak pokoju.
-Rozejm.-uścisnął moją dłoń. Nie mocno ale tak abym poczuła.-A tak w ogóle to ile masz lat?
-16. Ale za kilka miesięcy mam urodziny.
-Czyli dwa lata różnicy,co ?
-Mniej.
-Ok, ok. Niech będzie, króliczku.
-Dlaczego co chwile do mnie mówisz króliczku ? To irytujące.
-Przez kolor twoich włosów i oczu wyglądasz jak królik. Mnie się wydaje że to urocze przezwisko, króliczku.-powiedział delikatnie się uśmiechając.
-A tak poza tym to dlaczego chiałeś znać mój wiek?
-Chciałem wiedzieć czy legalnie będziemy mogli uprawiać seks.-odpowiedział uśmiechając się szeroko pokazując mi swoje śnieżno białe proste zęby. Czółam jak moje policzki oblewają się rumieńcem. Żuciłąm w niego poduszką.
-Zgłupiałeś?!
-Hahahahahhahahaha. Żartuję. Żartuję. Po prostu byłem ciekawy.Nie jesteś w moim stylu, więc raczej nie przespał bym się z tobą. Poza tym nie jestem taki. Ale to było zabawne. Musiała byś zobaczyć swoją minę. Twoja twarz przypomina cegłę.
-Oj zamknij się zboczeńcu!
-Co za świętoszek.-podszedł do mnie, złapał za oby dwie ręce i wywrócił na łóżko nadal trzymając mnie za ręce.
-Hej. Puszczaj mnie.-powiedziałam czując jego oddech na mojej skórze.
-Co ty taka nie śmiała?-powiedział puszczając mnie powoli.-Tylko minie mów że jeszcze nigdy nie upra..
-Nie. Nie śpieszy mi się z tym. A poza tym to nie twoja sprawa. -rzuciłam wstając.-Chodżmy już. Zaprowadzę cię do twojego pokoju.- powiedziałm pośpiesznie wychodząc z gabinetu. Czułam że moją twarz ponownie stała się czerwona. PO kilku sekundach z pokoju wyszedł Chris. Który wyraźnie coś ode mnie chciał,bo przez cały czas wpatrywał się we mnie wyczekująco.
-O co chodzi?-zapytałam wreszcie.
-Powiedz... jak to sie stało że jeszcze nie robiłaś"tego"?-zapytal wyraźnie rozbawiony.
-Nawet się nie całowałam a co dopiero robić"to". Z resztą nie ważne. Nie twój biznes.
-Nawet się nie całowałaś ?
-Proszę bardzo śmiej się.
-Nie uważam że to śmieszne.
-Zatem skończmy temat.
-Oki doki.-odpowiedział posłusznie.
-Oto twój pokój. Jeśli będziesz czegoś potrzebował to nie krępuj się o to zapytać kogokolwiek z grupy. Wszystko jest do twojej dyspozycji. Oprócz mojego pokoju. NIe masz prawa wchodzić tam bez pozwolenia. Co do reszty musisz się ich spytać. A teraz wybacz ale muszę już iść. Mam jeszcze przed sobą 3 godziny treningu który został mi przerwany przez ciebię. Narka.-dorzuciłam obracając się na pięcie.
-Papa, króliczku.! -odpowiedział uradowany. Zupełnie inna osoba. W pierwszej minucie zimny jak lód a w nastęonije słodki jak miód. Dziwne zachowanie. No ale nie ma co narzekać.
-Ma to, że będziesz nareszcie miała partnera ty pustaku.
-Ja nie potrzebuje partnera. -warknęłam.
-Shiro... dobrze wiesz że to nie prawda.
-Ale ja go nie chcę!
-Nie obchodzi mnie to. Jeżeli nie zgadzasz się na moje warunki to nke dostaniesz żadnej misji. Wybieraj. - postarlam nerwowo dłonie. Krzyknęłam sfrustrowana i pędem podeszłam do strzelnicy. Wzięłam broń która leżała najbliżej mnie i zaczęłam strzelać w kukle wyobrażają sobie na jej miejscu Justina. Po 5 minutach mi przeszło. Cała wściekłość uszla ze mnie jak powietrze z przebitego balonu.
-Wszyscy! Przyjdzcie na ring! Nasz gość przyjechał! - krzyknął Justin. Oho. No to teraz się zacznie rzeźnia. Bardzo wolno weszłam na ring. Przecisnelam się pomiędzy moimi przyjaciółmi aby zobaczyć nowego. Obok Justina stał chłopak o wzroście ponad 180 cm wzrostu, ciemnych zmierzwionych brązowych włosach, czarnych dużych oczach i z małą blizną po prawej stronie dolnej wargi. W uszach miał po kilka kolczyków. Ciało miał dobrze zbudowane i całe pokryte bliznami oraz kilkoma tatuażami, lecz nie było widoczne co przedstawiają. Ubrany był w białą bluzę na której miał czarną koszulę z krótkim rękawem, czarne spodnie rurki i białe Nike Air force. Na szyi miał czarno czerwone słuchawki, na plecach czarny duży plecak a w ręku ogromną walizkę i torbę.
-Przedstaw się. -powiedział Justin.
-Cześć wszystkim -powiedział lekko ochryplym lecz bardzo przyjemnym głosem. -Jestem Christian Miller.Mam 18 lat i przesłano mnie tutaj z Nowego Jorku jako wasz nowy członek. Milo was poznać. -dokończył bez żadnego wyrazu na twarzy. Był cholernie przystojny, był to niezaprzeczalny fakt. Ale w jego oczach było coś co wywoływało u mnie strach. Jego wzrok nie należał do tych przyjemnych. Był to wzrok kolesia którego widuje się w ciemnych uliczkach i czeka na osobę której mógłby wbić twarz w ziemię i okraść. Jeżeli ktoś zastanawia się nad tym jaki wyraz twarzy ma seryjny morderca to ten chłopak był odpowiedzią.Nasze oczy się spotkały. W tym momencie moje serce zaczęło bić trzy razy szybciej niż wcześniej. Nie jestem pewna czy jego wzrok mnie pociągał czy przerażał. Cóż. Zdecyduje się o tym później. W końcu jak to mówią : Kobieta zmienną jest. Chłopak podszedł do nas i zaczął się z każdym witać. Na jego twarzy zagościł chwilowy uśmiech. Dopóki nie podszedł do mnie. Kiedy do mnie podszedł jego uśmiech znikł tak szybko jak się pojawił, a jego wzrok był dość wymowny. A mówił on: CO TO MA BYĆ ZA CUDAK.
-Hej.-powiedziałam topiąc pierwsze lody.-Jestem Shiro. Od dzisiaj będziemy partnerami.
-Cześć.Jestem Chris. Wiem. Niestety ale wiem o tym że, będziemy partnerami.
-Niestety ?-zapytałam delikatnie zirytowana.
-Tak.Niestety. Trzeba ci to przeliterować? Myślę że nie.
-Co jest z tobą nie tak? Masz do mnie jakiś problem?
-Tak. Nie lubię pracować z babami.-powiedział buńczucznie unosząc brodę.
-Tak się składa że mnie też praca z tobą się nie uśmiecha.
-Ah tak? A to niby dlaczego ?
-Nie lubię pracować z rozwydrzonymi frajerami.-odpowiedziałam kładąc ręce na biodrach.
-Coś podejrzewam,że się nie dogadamy, co?
-Raczej nie sądzę.
-Posłuchaj mnie Króliczku. Ja będę odwalał całą brudną robotę a ty nie będziesz mi przeszkadzać.Ok?
-A to niby dlaczego?-krzyknęłam-Co? Uważasz że sobie nie poradzę? że jestem tak słaba, że nic nie umiem zrobić,by ci pomóc?
-Tak. Dokładnie.
-Lepiej już się przymknij. Chyba że chcesz abym nakarmiła cię twoimi własnymi zębami.
-Uuuuu. Groźnie. Umiesz coś oprócz gadania? Pewnie nie. Więc przymknij się łaskawie. Bo inaczej
-Bo inaczej co?!-przerwałam mu.
-Co jest,mamy wciąż pięć lat?
-Sześć. I posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie. Wiem że to będzie dość duży problem ale postaraj się. NIE OBCHODZI MNIE SKĄD JESTEŚ ANI CO UMIESZ. JEŻELI NIE CHCESZ SKOŃCZYĆ W GIPSIE LEPIEJ STĄD SPADAJ. ŁAPIESZ.?!!-krzyknęłam ponownie.
-Oj zamknij się w końc-przerwałam mu uderzając co w podbródek. Upadł na ziemię.
-Co jest? To wszystko? Jeden cios i już leżysz? Smutne trochę. Myślałam że będzie z tobą więcej zabawy skoro tak się przechwalałeś.-w tym momencie podciął mi nogi i upadłam na ziemię.Chłopak szedł prosto na mnie. Kiedy podszedł wystarczająco blisko odbiłam się obiema rękami od parkietu i uderzyłam stopami w jego twarz. CHłopak otarł krew z wargi i uderzył mnie w nos. Polała się z niego krew. Chris posłał serię ciosów. Uderzył mnie w brzuch, ramię i piszczel. Podbiegłam do niego i uderzyłam go z rozpędu w brzuch. Chłopak skulił się w przypływie bólu.Przywaliłam mu jescze z pięści w oko i odeszłam od niego. Już miałam dać mu porządnego kopa w kolano ale ktoś stanął pomiędzy nami. Był to Justin.
-Czy wy żeście powariowali?! Zaraz sam skopię wam dupska jeżeli się nie uspokoicie.
-Ale to on zaczął-wtrąciłam.
-Gówno prawda! To ty pierwsza mnie uderzyłaś!
-Sprowokowałeś mnie do tego!
-Cisza! Zamknąć się oboje. Jesteście od dzisiaj partnerami czy to się wam podoba czy nie! I albo nauczycie się ze sobą współpracować albo oby dwoje zostanienice tutaj i będziecie czyść broń zamiast chodzić na misje! Zrozumiano?!
-Jezu.. ale ja nie..
-PYTAŁEM CZY ZROZUMIELIŚCIE!!!!
-Tak.-odpowiedziałam smętnie.
-Tak.-Chris również odpowiedział, lecz bardzo cicho.
-A teraz oby dwoje idźcie się opatrzyć. Dość mocno się pokiereszowaliście. I żeby nie było. Macie to zrobić SOBIE NA WZAJEM. I liczę że się przeprosicie i jakoś dogadacie, ok?
-Dobrze.-odpowiedziałam podczas gdy Chris szedł po swoje rzeczy.
-Shiro. Zaprowadź go do jego pokoju. Wiesz który to. A tak poza tym to to była calkiem dobra walka. Jeżeli oby dwoje będziecie tak walczyć przeciwko sowim wrogom do macie w kieszeni każdą wygraną.-powiedział z uśmiechem odchodząc.Szybko podbiegłam do Chrisa i wskazałam ruchem ręki w która stronę mamy pójść aby dotrzeć do lekarskiego. Chris bez żadnego sprzeciwu poszedł za mną. Trochę mnie to zdziwiło. Kiedy doszliśmy posadziłam chłopaka na łóżku. Wzięłam kilka potrzebnych rzeczy i sama usiadłam na przeciwko niego.Jako pierwsza wzięłam wacik nasączony wodą utlenioną aby przemyć ranę na jego wardze.
-Słuchaj...-zaczęłm zbliżając wacik do jego wargi.-przepraszam za to.-kontynuowałam nie przerywając czynności. O dziwu pozwolił mi na dotknięcie siebie.
-Ja też przepraszam. Powiedziałem trochę za dużo i za dużo zrobiłem.-powiedział skruszony patrząc na mój krwawiący nos.
-W porządku... ja z resztą tez trochę za moco cię uderzałam. To było głupie. W sumie to nie mamy powodów żeby się kłócić. W końcu znamy się jakieś 15 minut. NIe mamy za co się nie lubić. W końcu partner to nie koniec świata.
-Chyba masz rację. Wiesz; jesteś dość silna. Jak na dziewczynę.
-Dzięki.-powiedziałam z uśmiechem. Nakładając masć na ranę. -Hej. Boli cię jeszcze gdzieś? -Oko i-Brzuch. Podejrzewam że są tam teraz siniak ale to nic. Potem położe tam lód i po sprawię. A ciebię? Boli cię coś?
-Trochę nos.,brzuch i ramię. Ale tak jak mówiłeś to tylko siniaki.
-Lepiej je pokaż. Uderzałam dość mocno więc może coś być.-objął mnie delikatnie w pasie i spojrzał na mój brzuch .-Kurde... zrobił ci się ogromny siniak na brzuchu. Jeszcze raz przepraszam.
-Nic się nie stało.To co rozejm ?-zapytałam,wyciągając rękę na znak pokoju.
-Rozejm.-uścisnął moją dłoń. Nie mocno ale tak abym poczuła.-A tak w ogóle to ile masz lat?
-16. Ale za kilka miesięcy mam urodziny.
-Czyli dwa lata różnicy,co ?
-Mniej.
-Ok, ok. Niech będzie, króliczku.
-Dlaczego co chwile do mnie mówisz króliczku ? To irytujące.
-Przez kolor twoich włosów i oczu wyglądasz jak królik. Mnie się wydaje że to urocze przezwisko, króliczku.-powiedział delikatnie się uśmiechając.
-A tak poza tym to dlaczego chiałeś znać mój wiek?
-Chciałem wiedzieć czy legalnie będziemy mogli uprawiać seks.-odpowiedział uśmiechając się szeroko pokazując mi swoje śnieżno białe proste zęby. Czółam jak moje policzki oblewają się rumieńcem. Żuciłąm w niego poduszką.
-Zgłupiałeś?!
-Hahahahahhahahaha. Żartuję. Żartuję. Po prostu byłem ciekawy.Nie jesteś w moim stylu, więc raczej nie przespał bym się z tobą. Poza tym nie jestem taki. Ale to było zabawne. Musiała byś zobaczyć swoją minę. Twoja twarz przypomina cegłę.
-Oj zamknij się zboczeńcu!
-Co za świętoszek.-podszedł do mnie, złapał za oby dwie ręce i wywrócił na łóżko nadal trzymając mnie za ręce.
-Hej. Puszczaj mnie.-powiedziałam czując jego oddech na mojej skórze.
-Co ty taka nie śmiała?-powiedział puszczając mnie powoli.-Tylko minie mów że jeszcze nigdy nie upra..
-Nie. Nie śpieszy mi się z tym. A poza tym to nie twoja sprawa. -rzuciłam wstając.-Chodżmy już. Zaprowadzę cię do twojego pokoju.- powiedziałm pośpiesznie wychodząc z gabinetu. Czułam że moją twarz ponownie stała się czerwona. PO kilku sekundach z pokoju wyszedł Chris. Który wyraźnie coś ode mnie chciał,bo przez cały czas wpatrywał się we mnie wyczekująco.
-O co chodzi?-zapytałam wreszcie.
-Powiedz... jak to sie stało że jeszcze nie robiłaś"tego"?-zapytal wyraźnie rozbawiony.
-Nawet się nie całowałam a co dopiero robić"to". Z resztą nie ważne. Nie twój biznes.
-Nawet się nie całowałaś ?
-Proszę bardzo śmiej się.
-Nie uważam że to śmieszne.
-Zatem skończmy temat.
-Oki doki.-odpowiedział posłusznie.
-Oto twój pokój. Jeśli będziesz czegoś potrzebował to nie krępuj się o to zapytać kogokolwiek z grupy. Wszystko jest do twojej dyspozycji. Oprócz mojego pokoju. NIe masz prawa wchodzić tam bez pozwolenia. Co do reszty musisz się ich spytać. A teraz wybacz ale muszę już iść. Mam jeszcze przed sobą 3 godziny treningu który został mi przerwany przez ciebię. Narka.-dorzuciłam obracając się na pięcie.
-Papa, króliczku.! -odpowiedział uradowany. Zupełnie inna osoba. W pierwszej minucie zimny jak lód a w nastęonije słodki jak miód. Dziwne zachowanie. No ale nie ma co narzekać.
White rabbit cz.3
Jestem Miranda Park. Dla przyjaciół Mira. Mam 16 lat i tak jak ty nie mam rodziców. Kiedy miałam 9 lat zginęli w walce z MAD'em.Od kilku dobrych lat mieszkam z Suzie i panem Collinsem. Miło mi cię poznać. Mam nadzieje że będziemy dobrymi przyjaciółmi. -usiadła.
-Hej, jestem Krystal Liu.-powiedziała czerwono włosa. - Jestem w połowie japonką a w połowie koreanką. Mam 10 lat. Moi rodzice żyją i nie mam żadnej tragicznej historii do opowiedzenia. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować to mów śmiało.
-Jestem Suzie Collins.Mam 13 lat. Moja mama nie żyje od dwóch lat a mój ojciec jak widać trzyma się dobrze. I nie wiem co mam jeszcze o sobie powiedzieć. Mam nadzieje że się dogadamy. -pana Collinsa pominięto.
-Ethan Wood.-zaczął mówić chłopak o średnim wzroście, dość jasnej karnacji, piwnych małych oczach i pomarańczowych włosach. - Lat 15. Mój ojciec zginął 3 lata temu w walce z MAD'em. Matka uciekła do innego kraju i ma tam nową rodzinę. Miło poznać, bezimienna.
-Hej mała.jestem Jackson Tremain.-odezwał się z uśmiechem dość chudy chłopak o farbowanych na niebiesko włosach z wygolonym i smutnych szarych oczach.- Mam 13 lat i w sumie to nie wiem co się dzieje z moimi rodzicami. Bądźmy od teraz przyjaciółmi.-powiedział szybko i uśmiechnął się do mnie serdecznie.
-Jestem Justin Holmes.-odezwał sie ostatni człowiek w grupie. Miał krótkie blond włosy postawione na jeżyka. Na prawym policzku miał dużą bliznę. - Mam 17lat i jestem najstarszy z naszego zespołu nie licząc pana Collinsa
16.-Jesteśmy!- oznajmiła wchodząc ze mną do dużej jadalni Mira.-Nasza nowa koleżanka nareszcie wygląda jak człowiek. I wicie co? Ona nawet potrafi mówić. -zazartoaala ze mnie. Lecz mimo to nie urazilo mnie to. Wrecz przeciwnie rozbawiło tak samo jak resztę. W jadalni siedziało osiem osób łącznie ze mną. Wszyscy usiedlismy do ogromnego stołu. Patrząc od prawej siedziałam ja kolo mnie Mira, później czerwono włosa dziewczyna której nie znalam,potem Suzie, pan Collins i 3 chłopaków których tez nie znałam. Mira wstała i ucieszyła wszystkich gestem dłoni.
-Ponieważ nasza nowa towarzyszka jest nam w większości nie znana pozwólmy jej się przedstawić, powiedzieć coś o sobie, a potem my zrobimy to samo. Co wy na to ?- wszyscy się zgodzili. Mira wskazała na mnie głową abym wstała z miejsca. Zrobiłam to o co mnie poprosiła.
-No więc.mam na imię Alicja... Chyba... właściwie to nie wiem jak mam na imię... ale mam nadzieje że razem coś wymyślimy. Mam 7 lat. Urodziłam się 12 stycznia. Nie mam żadnej rodziny i przez 5 lat byłam torturowana przez tych czubkow z MAD'u. Wczoraj ujawniły się we mnie jakieś popaprane moce i zmienil się mój wyglad po wstrzyjniecu jakiegoś badziewia. Zabiłam prawie 40 osób i ucieklam. To tyle. Milo was poznać. -dokończylam i usiadłam na swoim miejscu. Wszystkie oczy byly skierowane w moją stronę. Niektóre wyrażały żal, jeszcze inne współczucie. Mira szybko wstała i przerwała milczenie. -co ty na to żeby ci je troszkę podciac ?
-Ok.
- No to oki.- Mira przegrała mnie w czystą białą koszulę do kolan z długim rękawem w różowe kwiatki. Na nogi założyła pudrowo różowe miękkie kapcie i poradziła mnie przy toaletce zaraz przed lustrem. Odgarnela wszystkie włosy do tylu i zaczęli je rozczesywac. Były niesamowicie poplątane ale wilgotne wiec łatwiej było rozczesywac koltuny. Włosy sięgały aż za krzesło.
-Co ty na to żeby zrobić ci grzywkę
? Wydaje mi się ze ładnie by ci w niej było.
-Zrób jak uważasz. - zaczęła ciąć wlosy.po kikku minutach włosy były do ramion( jak u fryzjera kiedy prosisz o same końcówki a on obcina ci je o 30 cm) i z pół okrągłą grzywką która delikatnie na chodziła na białe teraz brwi. Byłam teraz zupełnie inną osobą. Co prawda nadal byłam przeraźliwie chuda ale moja skora zaczynała przybierać zdrowszego odcienia a a rany powoli znikały.
-Jesteś śliczną dziewczynką. -powiedziała zesoe szczerym uśmiechem Mira.- A teraz chodź. Zjemy coś i przy okazji damy ci nowe imię. - Kiedy szliśmy przez korytarz nagle spytała- Słuchaj... może nie powinnam pytać ale co to za tatuaż na twoim mostku?
- Tatuaż?-zapytałam zdziwiona. - A! Chodzi ci o to coś w kształcie niedokończone gwiazdy z dwoma kropkami?
- No tak.
- no to nie mam pojęcia. Zrobiło się dopiero wczoraj. Tak samo jak kolor moich włosów, oczu i kły.
18.-gdybyś miała jakieś problemy to ci pomogę. Witaj w zespole młoda-powiedział z delikatnym, prawie nie zauważalnym uśmiechem. Wszyscy się śmiali i dokazywali podczas posiłku.
-No to. Jak damy jej na imię?- zapytał Jackson przeżywając kawałek mięsa.
-Dobre pytanie. -odpowiedziała Justin.- Może damy jej imię z jakiegoś innego języka. Zawsze kiedy dawałem imię moim psom to tak robiłem.
- A więc teraz jestem psem? -zapytałam rozbawiona.
-Nie, oczywiscie ze nie. Ale można w sumie spróbować. Krystal zna aż 3 języki więc może przeciez je tłumaczyć. -powiedziała Suzie.
-Jakie jest pierwsze słowo jakie przychodzi wam do głowy kiedy mnie widzicie?-zapytałam wyraźnie zaciekawiona.
-Biały. -oznajmił pan Collins.- Kiedy na ciebie patrze kojarzysz mi sie z czymś czystym, białym, promiennym.
-Krystal. Jak jest biały po... no nie wiem...japońsku ?-zapytał Ethan.
-Biały? Biały po japońsku to shiro.
-Shiro...ładnie. Pasuje do ciebie -odpowiedziała Mira.
-A więc zostaje Shiro. -postanowił pan Collins.
-Witaj w domu, Shiro.-powiedziała z usmiechem który roztopilby każdy lód ,Mira.
-Hej, jestem Krystal Liu.-powiedziała czerwono włosa. - Jestem w połowie japonką a w połowie koreanką. Mam 10 lat. Moi rodzice żyją i nie mam żadnej tragicznej historii do opowiedzenia. Jeżeli będziesz czegoś potrzebować to mów śmiało.
-Jestem Suzie Collins.Mam 13 lat. Moja mama nie żyje od dwóch lat a mój ojciec jak widać trzyma się dobrze. I nie wiem co mam jeszcze o sobie powiedzieć. Mam nadzieje że się dogadamy. -pana Collinsa pominięto.
-Ethan Wood.-zaczął mówić chłopak o średnim wzroście, dość jasnej karnacji, piwnych małych oczach i pomarańczowych włosach. - Lat 15. Mój ojciec zginął 3 lata temu w walce z MAD'em. Matka uciekła do innego kraju i ma tam nową rodzinę. Miło poznać, bezimienna.
-Hej mała.jestem Jackson Tremain.-odezwał się z uśmiechem dość chudy chłopak o farbowanych na niebiesko włosach z wygolonym i smutnych szarych oczach.- Mam 13 lat i w sumie to nie wiem co się dzieje z moimi rodzicami. Bądźmy od teraz przyjaciółmi.-powiedział szybko i uśmiechnął się do mnie serdecznie.
-Jestem Justin Holmes.-odezwał sie ostatni człowiek w grupie. Miał krótkie blond włosy postawione na jeżyka. Na prawym policzku miał dużą bliznę. - Mam 17lat i jestem najstarszy z naszego zespołu nie licząc pana Collinsa
16.-Jesteśmy!- oznajmiła wchodząc ze mną do dużej jadalni Mira.-Nasza nowa koleżanka nareszcie wygląda jak człowiek. I wicie co? Ona nawet potrafi mówić. -zazartoaala ze mnie. Lecz mimo to nie urazilo mnie to. Wrecz przeciwnie rozbawiło tak samo jak resztę. W jadalni siedziało osiem osób łącznie ze mną. Wszyscy usiedlismy do ogromnego stołu. Patrząc od prawej siedziałam ja kolo mnie Mira, później czerwono włosa dziewczyna której nie znalam,potem Suzie, pan Collins i 3 chłopaków których tez nie znałam. Mira wstała i ucieszyła wszystkich gestem dłoni.
-Ponieważ nasza nowa towarzyszka jest nam w większości nie znana pozwólmy jej się przedstawić, powiedzieć coś o sobie, a potem my zrobimy to samo. Co wy na to ?- wszyscy się zgodzili. Mira wskazała na mnie głową abym wstała z miejsca. Zrobiłam to o co mnie poprosiła.
-No więc.mam na imię Alicja... Chyba... właściwie to nie wiem jak mam na imię... ale mam nadzieje że razem coś wymyślimy. Mam 7 lat. Urodziłam się 12 stycznia. Nie mam żadnej rodziny i przez 5 lat byłam torturowana przez tych czubkow z MAD'u. Wczoraj ujawniły się we mnie jakieś popaprane moce i zmienil się mój wyglad po wstrzyjniecu jakiegoś badziewia. Zabiłam prawie 40 osób i ucieklam. To tyle. Milo was poznać. -dokończylam i usiadłam na swoim miejscu. Wszystkie oczy byly skierowane w moją stronę. Niektóre wyrażały żal, jeszcze inne współczucie. Mira szybko wstała i przerwała milczenie. -co ty na to żeby ci je troszkę podciac ?
-Ok.
- No to oki.- Mira przegrała mnie w czystą białą koszulę do kolan z długim rękawem w różowe kwiatki. Na nogi założyła pudrowo różowe miękkie kapcie i poradziła mnie przy toaletce zaraz przed lustrem. Odgarnela wszystkie włosy do tylu i zaczęli je rozczesywac. Były niesamowicie poplątane ale wilgotne wiec łatwiej było rozczesywac koltuny. Włosy sięgały aż za krzesło.
-Co ty na to żeby zrobić ci grzywkę
? Wydaje mi się ze ładnie by ci w niej było.
-Zrób jak uważasz. - zaczęła ciąć wlosy.po kikku minutach włosy były do ramion( jak u fryzjera kiedy prosisz o same końcówki a on obcina ci je o 30 cm) i z pół okrągłą grzywką która delikatnie na chodziła na białe teraz brwi. Byłam teraz zupełnie inną osobą. Co prawda nadal byłam przeraźliwie chuda ale moja skora zaczynała przybierać zdrowszego odcienia a a rany powoli znikały.
-Jesteś śliczną dziewczynką. -powiedziała zesoe szczerym uśmiechem Mira.- A teraz chodź. Zjemy coś i przy okazji damy ci nowe imię. - Kiedy szliśmy przez korytarz nagle spytała- Słuchaj... może nie powinnam pytać ale co to za tatuaż na twoim mostku?
- Tatuaż?-zapytałam zdziwiona. - A! Chodzi ci o to coś w kształcie niedokończone gwiazdy z dwoma kropkami?
- No tak.
- no to nie mam pojęcia. Zrobiło się dopiero wczoraj. Tak samo jak kolor moich włosów, oczu i kły.
18.-gdybyś miała jakieś problemy to ci pomogę. Witaj w zespole młoda-powiedział z delikatnym, prawie nie zauważalnym uśmiechem. Wszyscy się śmiali i dokazywali podczas posiłku.
-No to. Jak damy jej na imię?- zapytał Jackson przeżywając kawałek mięsa.
-Dobre pytanie. -odpowiedziała Justin.- Może damy jej imię z jakiegoś innego języka. Zawsze kiedy dawałem imię moim psom to tak robiłem.
- A więc teraz jestem psem? -zapytałam rozbawiona.
-Nie, oczywiscie ze nie. Ale można w sumie spróbować. Krystal zna aż 3 języki więc może przeciez je tłumaczyć. -powiedziała Suzie.
-Jakie jest pierwsze słowo jakie przychodzi wam do głowy kiedy mnie widzicie?-zapytałam wyraźnie zaciekawiona.
-Biały. -oznajmił pan Collins.- Kiedy na ciebie patrze kojarzysz mi sie z czymś czystym, białym, promiennym.
-Krystal. Jak jest biały po... no nie wiem...japońsku ?-zapytał Ethan.
-Biały? Biały po japońsku to shiro.
-Shiro...ładnie. Pasuje do ciebie -odpowiedziała Mira.
-A więc zostaje Shiro. -postanowił pan Collins.
-Witaj w domu, Shiro.-powiedziała z usmiechem który roztopilby każdy lód ,Mira.
White rabbit cz.2
Spadając modliłam się żeby nie skończyła jako mokra plama na betonie."Dasz radę Alicjo! Na pewno ci się uda!"pocieszalam się w duchu. Siła wiary była nie zwyciezona. Chwilę przed spotkaniem z ziemią wyleciałam w powietrze tym samym zapewniłam sobie bezpieczne lądowanie. Moje stopy dotknęły ziemnego betonu. Na dworze wiało i na dodatek padał śnieg. Na pewno było poniżej zera. Mimo tego że chłód był dokuczliwy biegłam przed siebie aby dotrzeć do miasta. Albo chociaż do miejsca w którym jest dużo ludzi abym mogla sie wymieszać w tłum i ewentualnie gdzieś schować gdyby zaczęto mnie ścigać. A będą na pewno. Moja skóra stawała się coraz bledsza. Jakby nie patrzeć jedyne co miałam na sobie to koszula która i tak była podarta. Zimno ktore rozlewalo się po całym ciele sprawiało że nogi zaczynały mi spowalniac. Spodziewałam się tego że jezeli za kilka minut nie znajde się ciepłym pomieszczeniu to zamarzne Faktem jest, że biegłam przez jakieś półtorej godziny dopóki nie opadłam z sił. Był to największy dystans jaki przebiegłam w całym swoim życiu. Doszłam do jakiejś bardzo ruchliwej ulicy. Wszyscy ludzie patrzyli się na mnie jak na jakąś zarazę. "To pewnie przez to jak wyglądam" pomyślałam.Podbiegłam do pierwszego lepszego sklepu aby przejrzeć się w szybie. Faktycznie, wyglądałam okropnie, jak jakiś bezdomny biedak. Dłonie i stopy miałam sine od zimna które otaczało moją skórę, na prawie całym ciele miałam pełno sincow oraz rozcięć. Warga była przecięta i leciała z niej stożka krwi która pod wpływem zimna zamarzła, prawe oko było podbite,a z nosa leciały smarki które również zamarzaly, włosy miałam tak długie że niemal dotykały kolan.I jeszcze jedna ważna rzecz. Moje oczy nie zmieniły koloru,nadal były czerwone tak jak włosy,białe. Kiedy wyszczezylam zęby zobaczyłam że kły nie były już takie duże jak wcześniej ale nadal były. Co prawda nie zucaly się jakoś specjalnie w oczy więc w porządku. Na mojej szyi również była szrama. O wiele głębsza niż mi się zdawało. "Będzie blizna" pomyślałm i ruszyłam z powrotem przed siebie. Wiedziałam że nadal nie jestem bezpieczna ale nie wiedziałam dokąd ma pójść aby żadne z tych czubkow z PW(skrót od Powaleni Naukowcy jak to miałam w zwyczaju nazywać MAD czyli organizacje która mnie torturowala) mnie nie złapało. Zobaczyłam małą, wąską uliczkę z dużą ilością kontenerów z ubraniami dla biednych. Pomyślałam że może znajdę tam coś co mogłabym na siebie zarzucić aby nie zamrznac. Wslizgnelam sie do jednego z kontenera i znalazłam w nim czarną bluzę z kapturem. Sądząc po rozmiarze była męska. O dziwo nawet ładnie pachniała. Truskawkami i płynem do płukania jak rozpoznałam. Bluza była tak duża że zakrywala mi nawet kolana. Miłe uczucie ciepła rozlewalo się po całym ciele. Priorytetem były dla mnie ręce i stopy. Więc zaczęłam szukać czegoś co mogłabym założyć.Wygrzebalam jeszcze parę rękawiczek które były dziurawe oraz skarpetki które były na mnie za duże ale przynajmniej nie były dziurawe, oraz rozwalone trampki które -kto by się spodziewał- również były czarne i za duże. Na szczęście nie dużo bo tylko dwa lub trzy rozmiary. dodatkowo znalazłam sobie krótkie szare spodenki które w moim przypadku sięgały kostek. Zapewne również były męskie. Zcisnelam sznurek i zawiązała go na supel (ponieważ inaczej nie potrafiłam) i ruszyłam przed siebie. Włosy mi bardzo przeszkadzały więc schowałam je wszystkie pod bluzę za plecy i nałożyłam na głowę kaptur aby nie odmarzly mi uszy. Niestety bylam coraz bardziej zmęczona. Przeszłam może 30 metrów i upadłam na ziemię. Znowu było mi zimno. Po chwili oczy zaczęły się sklejac. Powieki były ciężkie. Odplynelam w głęboki sen. Przynajmniej tak mi się zdawało. W rzeczywistości zemdlalam. Śniło mi się że widzialqm siebie i swoją mamę z którą się bawilwm. Twarz kobiety była zamazana, ale czułam przy niej ciepło po którym poznała że na pewno jest to mama. Zaczęłam sie przebudzac. Bardzo powoli otwierałam oczy aby przyzwyczaic je do światła. Wreszcie odzyskalam pełną ostrość. Leżałam na miekkim łóżku. Kiedy podniosłam się do pozycji siedzącej zaczęłam sie dokladnie rozgladac po pomieszczeniu w którym leżałam. Moje rany były opatrzone i byłam tylko w swojej starej koszuli. Moje rany były opatrzone i byłam tylko w swojej starej koszuli. Ubrania leżały obok mnie na krześle które stało obok łóżka. W pokoju dominował kolor brudnego różu oraz szarego. Pościel była szara tak samo jak obicie krzeseł oraz kanapy. W pokoju stało jesze biurko oraz duża szafa. Pokój był schludny oraz przytulny. byłam podpięta do kroplowki. Poczułam nagły scisk w gardle kiedy zobaczyłam kolo siebie pełno pustych strzykawek oraz zakrwawionych wacikow oraz bandaży. Nagle przez moją głowę zaczęły przewijać się wspomnienia ostatniej nocy. Melanie. Strzykawka. Walka. Skok z dachu. Ucieczka. Sen. Kiedy sobie uświadomiłam że ktoś może chcieć zrobic mi krzywdę wyrwałam z ręki kroplowke i wybiegłam z pokoju. Byłam w jakiejś wielkiej rezydencji. Kiedy biegłam przewróciłam się o wystajaca wykładzinę i rabnelam głową o mały stolik na którym stał wazon ze świeżymi białymi kwiatami. Pod wpływem uderzenia wazon spadł na ziemię i się potlukl. Zanim zdążyłam wstać wokół mnie zebrało się pełno osób ubranych tak jakby chcieli iść na jakąś walkę. W rękach kazdy miał broń. Niektorzy mieli pistolety, inni toporki a jesze inni noże bądź małe miecze. Kiedy zobaczyłam tych wszystkich ludzi zaczęła płakać i kulic sie ze strachu.
-Stać!- krzyknął ktoś kto dopiero co wchodził na korytarz. Był to mężczyzna kolo 40 w białym kitlu. Miał ciemne brązowe włosy przez które przebijalo się kilka siwych włosów. Oczy miał podkrażone a na twarzy miał kilku dniowy zarost .Jego ciemne brązowe oczy były niesamowicie ciepłe. Kiedy w nie patrzyłam czułam ze sie chwilowo uspokajam No tak. Biały kitel. Moj strach powrócił i to w o wile większym stopniu.
-Opuścić broń.-polecił stanowczo nadal wpatrując się we mnie. -Boi się was durnie! Nie widzicie tego?!-powiedział podnosząc głos. Wszyscy posłuchali i ostroznie schowali swoją broń. -Nie bój się. Jesteś tutaj bezpieczna. -powiedział do mnie bardzo miękko. Przez chwilę miałam nawet ochotę mu uwierzyć,ale tylko przez chwilę. Kiedy sie zbliżył ja się cofnelam wbijajac sobie przy tym odłamki szkła w rękę. Zaczęłam krwawic i mimi tego że cholernie bolało nic nie powiedziałam. Nie znałam tych ludzi. Nie ufalam im. Kiedy kitel zobaczył strach w moich oczach odsunął się ode mnie na bezpieczną odległość i usiadł po turecku przede mną. -Suzie, skarbie przynieś mi zestaw opatrunkowy. Nasz gość się skaleczyl.
-Dobrze, tato.-skinela głową ciepło się do mnie usmiechajac. Była to niska dziewczyna o ciemnej karnacji ,brązowych kręconych włosach oraz czarnych dużych oczach.
-Nie bój się. -powtórzył- Nikt z obecnych tutaj ludzi nie ma chodzby najmniejszego zamiaru zrobić ci krzywdy. Jestem Doktor William Collins. Jestem lekarzem dla tych tutaj. Chociaż studiowałem medycynę i mam licencję lekarza i wgl...to mimo wszystko z zawodu jestem biznesmenem. Śmieszne prawda? - cisza.-Em.. no dobrze... widzę że jak na razie nie masz ochoty ze mną rozmawiać... a więc pozwól że będę zadawał ci pytania a ty będzieszkiwac głową na tak i nie. Ok?- kiwnelam twierdząco.
-No to zaczynamy. Czy ściga cie MAD?-kiwniecie na tak.
- Czy zrobili ci coś złego?- znowu tak.
-Czy pamiętasz co?-tak.
-Czy mogłabyś mi opowiedzieć co się tam działo?- kiwniecie na nie. Nie chciałam na razie rozmawiać z tymi ludźmi o tym co się tam działo. Nie ufalam im jeszcze.
-No dobrze. Czy masz jakąś rodzinę?-nie.
-Boisz się nas? - Tak. Nie. Nie wiem. Wzruszyłam ramionami.
-Boli cię coś? -O dziwo nie. No oprócz ręki. Podniosłam dłoń qby pokazać co mnie boli.
- A oprócz tego?- Nie.
-Wspaniale. Leki zapewne zadziałały. Jesteś głodna?- szybkie kiwanie głową.
- Kiedy ostatnio jadlas? -dobre pytanie. Chyba ostatni posiłek był 5 dni temu. Pokazała ręką pięć palców.
-5 godzin temu?- kiwnelam przecząc.- 5 dni ?- tak.
- Biedna. -odezwał się jakiś dziewczęcy głos.
-Dobrze. Za 30 minut będzie obiad. Bedziesz jadła razem z nami. Dobrze? -tak.-Mira. Pozwól tutaj.- do kitla podeszła blond włosa, średniego wzrostu dziewczyna o zielonych oczach.
- Zajmiesz się nią do obiadu. Umyjesz,przebierzesz, i dasz nowy opatrunek.
- Się robi. -powiedziała i pogłaskala mnie po głowie. W tym momencie weszła córka kitla z opatrunkami. Doktorek szybko przemyl mi rękę, wyjal kawałki szkła i zakleil plastrem.
-A teraz rozesc się. -powiedział stanowczo. Podeszła do mnie ta sama dziewczyna co wcześniej i zaczęła Prowadzić do łazienki. Pomieszczenie było ogromne. Było całe w białych kafelkach. Była tam ogromna wanna, prysznic, WC, zlew kilka szafek i lustro. Wnętrze było bardzo miłe ale również luksusowe. Dopełnieniem bieli było złoto i żółć.
-Ja jestem Miranda. W skrócie Mira.-mówiła cicho aby mnie nie wystraszyć, jednocześnie sądząc mnie na szafce przy wannie która wlasnie napełniala się wodą. Dolala tam jeszcze jakiś kolorowych płynów o prześlicznym malinowym zapachu delikatnie pięścil moje nozdrza.-Mam 16 lat-kontynuowala-moja jedyną rodziną są zabójcy oraz doktor Collins. A ty jak masz na imię?- spytała ściągając ze mnie koszulę. Wiedziałam że nie ma zamiaru zrobić mi krzywdy więc pozwoliłam jej na to. Później włożyła mnie do wanny z bardzo ciepłą wodą i zaczęła dokładnie lecz delikatnie szorować.
-Alicja. -powiedziałam cichutko.
-Co?-zapytała bardzo zdziwiona jakby usłyszała potwora.-Alicja-powtorzylam głośniej. -Mam na imię Alicja.... tak sądzę...
-Jejku.. na prawdę coś powiedziałaś. Myslalam że się przeslyszalam. A więc twierdzisz że masz na imię Alicja?
- No chyba tak... właściwie to nie wiem jak mam na imię. Dali mi takie w MAD'zie więc nie wiem jak mam na imię na prawdę.
- Lubisz je?
-Swoje imię? Nie. Przypomina mi o tych wariatach.
-Więc co ty na to aby ci je zmienić?
-Czemu nie. -rozmowa nadal trwała. Mira bardzo dokladnie mnie umyla i wysuszyla.
-Ale masz długie włosy... jak długo ich nie obcinalas ?
-Jakieś pięć lat?
- O mój Boże. Jak długo.
-Stać!- krzyknął ktoś kto dopiero co wchodził na korytarz. Był to mężczyzna kolo 40 w białym kitlu. Miał ciemne brązowe włosy przez które przebijalo się kilka siwych włosów. Oczy miał podkrażone a na twarzy miał kilku dniowy zarost .Jego ciemne brązowe oczy były niesamowicie ciepłe. Kiedy w nie patrzyłam czułam ze sie chwilowo uspokajam No tak. Biały kitel. Moj strach powrócił i to w o wile większym stopniu.
-Opuścić broń.-polecił stanowczo nadal wpatrując się we mnie. -Boi się was durnie! Nie widzicie tego?!-powiedział podnosząc głos. Wszyscy posłuchali i ostroznie schowali swoją broń. -Nie bój się. Jesteś tutaj bezpieczna. -powiedział do mnie bardzo miękko. Przez chwilę miałam nawet ochotę mu uwierzyć,ale tylko przez chwilę. Kiedy sie zbliżył ja się cofnelam wbijajac sobie przy tym odłamki szkła w rękę. Zaczęłam krwawic i mimi tego że cholernie bolało nic nie powiedziałam. Nie znałam tych ludzi. Nie ufalam im. Kiedy kitel zobaczył strach w moich oczach odsunął się ode mnie na bezpieczną odległość i usiadł po turecku przede mną. -Suzie, skarbie przynieś mi zestaw opatrunkowy. Nasz gość się skaleczyl.
-Dobrze, tato.-skinela głową ciepło się do mnie usmiechajac. Była to niska dziewczyna o ciemnej karnacji ,brązowych kręconych włosach oraz czarnych dużych oczach.
-Nie bój się. -powtórzył- Nikt z obecnych tutaj ludzi nie ma chodzby najmniejszego zamiaru zrobić ci krzywdy. Jestem Doktor William Collins. Jestem lekarzem dla tych tutaj. Chociaż studiowałem medycynę i mam licencję lekarza i wgl...to mimo wszystko z zawodu jestem biznesmenem. Śmieszne prawda? - cisza.-Em.. no dobrze... widzę że jak na razie nie masz ochoty ze mną rozmawiać... a więc pozwól że będę zadawał ci pytania a ty będzieszkiwac głową na tak i nie. Ok?- kiwnelam twierdząco.
-No to zaczynamy. Czy ściga cie MAD?-kiwniecie na tak.
- Czy zrobili ci coś złego?- znowu tak.
-Czy pamiętasz co?-tak.
-Czy mogłabyś mi opowiedzieć co się tam działo?- kiwniecie na nie. Nie chciałam na razie rozmawiać z tymi ludźmi o tym co się tam działo. Nie ufalam im jeszcze.
-No dobrze. Czy masz jakąś rodzinę?-nie.
-Boisz się nas? - Tak. Nie. Nie wiem. Wzruszyłam ramionami.
-Boli cię coś? -O dziwo nie. No oprócz ręki. Podniosłam dłoń qby pokazać co mnie boli.
- A oprócz tego?- Nie.
-Wspaniale. Leki zapewne zadziałały. Jesteś głodna?- szybkie kiwanie głową.
- Kiedy ostatnio jadlas? -dobre pytanie. Chyba ostatni posiłek był 5 dni temu. Pokazała ręką pięć palców.
-5 godzin temu?- kiwnelam przecząc.- 5 dni ?- tak.
- Biedna. -odezwał się jakiś dziewczęcy głos.
-Dobrze. Za 30 minut będzie obiad. Bedziesz jadła razem z nami. Dobrze? -tak.-Mira. Pozwól tutaj.- do kitla podeszła blond włosa, średniego wzrostu dziewczyna o zielonych oczach.
- Zajmiesz się nią do obiadu. Umyjesz,przebierzesz, i dasz nowy opatrunek.
- Się robi. -powiedziała i pogłaskala mnie po głowie. W tym momencie weszła córka kitla z opatrunkami. Doktorek szybko przemyl mi rękę, wyjal kawałki szkła i zakleil plastrem.
-A teraz rozesc się. -powiedział stanowczo. Podeszła do mnie ta sama dziewczyna co wcześniej i zaczęła Prowadzić do łazienki. Pomieszczenie było ogromne. Było całe w białych kafelkach. Była tam ogromna wanna, prysznic, WC, zlew kilka szafek i lustro. Wnętrze było bardzo miłe ale również luksusowe. Dopełnieniem bieli było złoto i żółć.
-Ja jestem Miranda. W skrócie Mira.-mówiła cicho aby mnie nie wystraszyć, jednocześnie sądząc mnie na szafce przy wannie która wlasnie napełniala się wodą. Dolala tam jeszcze jakiś kolorowych płynów o prześlicznym malinowym zapachu delikatnie pięścil moje nozdrza.-Mam 16 lat-kontynuowala-moja jedyną rodziną są zabójcy oraz doktor Collins. A ty jak masz na imię?- spytała ściągając ze mnie koszulę. Wiedziałam że nie ma zamiaru zrobić mi krzywdy więc pozwoliłam jej na to. Później włożyła mnie do wanny z bardzo ciepłą wodą i zaczęła dokładnie lecz delikatnie szorować.
-Alicja. -powiedziałam cichutko.
-Co?-zapytała bardzo zdziwiona jakby usłyszała potwora.-Alicja-powtorzylam głośniej. -Mam na imię Alicja.... tak sądzę...
-Jejku.. na prawdę coś powiedziałaś. Myslalam że się przeslyszalam. A więc twierdzisz że masz na imię Alicja?
- No chyba tak... właściwie to nie wiem jak mam na imię. Dali mi takie w MAD'zie więc nie wiem jak mam na imię na prawdę.
- Lubisz je?
-Swoje imię? Nie. Przypomina mi o tych wariatach.
-Więc co ty na to aby ci je zmienić?
-Czemu nie. -rozmowa nadal trwała. Mira bardzo dokladnie mnie umyla i wysuszyla.
-Ale masz długie włosy... jak długo ich nie obcinalas ?
-Jakieś pięć lat?
- O mój Boże. Jak długo.
White rabbit
Zaczynam pisać nową serię :) Tamtą dokończę (kiedyś) jak będę miała wenę (może). Ta ni ejest związana ani z Azją ani kpop'em. Miłego czytania.
.Leżałam na zimnej podłodze w małym pokoju który cały był biały. Bolała mnie głowa a z dolnej wargi leciała struszka krwi. byłam cała posiniaczona i brudna. Moja dawniej biała koszula zrobiła się ciemno szara oraz dziurawa. Wokół kostek u nóg oraz rąk były obraczki pod napięciem. miałam wtedy około siedmiu lat, bardzo długie blond włosy które były niemalże białe oraz duże lazurowe oczy które miały delikatne fioletowe centki. Po mimo młodego wieku byłam dość wysoka, oraz nie miłosiernie chuda. Można było zobaczyć prawie każdą kość która przebijały się przez moją cienką, bladą oraz bardzo delikatną skórę. leżałam tak przez jakieś 35 minut szlochajac tak mocno że niemalże dławiąc się powietrzem.
-Alicjo.-powiedział ktoś z za drzwi . Był to mężczyzna i pomimo tego że nie podniósł on głosu ze strachu zaczęłam płakać jeszcze bardziej.
-Alicjo!-powiedział juz lekko zirytowany.-Pora na twoje badania, pamiętasz?
Pamiętam. Zawsze o nich pamiętałam. Była to najgorsza rzecz w moim życiu, jak mogłabym o tym zapomnieć?
-Mam nadzieję- kontynuował -że dzisiaj również poradzisz sobie tak samo dobrze, co zwykle. -dokończył wyraźnie zadowolony.
"Co zwykle" czyli inaczej mówiąc: Zapierniczasz w podskokach do labolatorium, tam powstrzykujemy ci kilka bardzo szkodliwych substancji chemicznych które ale cię w jakiś sposób zmutuja albo cię zabiją. Oczywiście nie będzie to robione w delikatny sposób..Lecz w taki abyś aż wiła się z bólu. Poznęcamy się troszkę nad tobą i pozostawiamy ci kilka blizn tak żebyś potem nie mogła się ruszyć. A potem będziesz zdychala z głodu oraz pragnienia. Bo co to za zabawa bez wyrządzenia ci krzywdy?" Tak. To dokładnie oznaczały tamte słowa. Ale nie miałam wyboru. Musiałam pójść z tym człowiekiem. Inaczej moja kara nie skończyła by się tylko na małych blizenkach. znajdowałam się w tym nie normalnym miejscu od ponad 5 lat. Na początku miałam normalną rodzinę jak każdy 2 latek. Lecz pewnego dnia to się zmieniło. Nie pamiętała dokładnie co się wtedy stało. Pamiętałam tylko krew , krzyki i ciemność. Tak wyglądały moje wspomnienia. Nie wiedziałam nawet jak się nazywałam. A że kolorem włosów przypominałam Alicję z książki "Alicja w krainie czarów" takie imię zostało mi nadane. Miejsce w którym się znajdowałam był stary opuszczony szpital który był gdzieś na obrzeżach Londynu. Moje życie to był istny koszmar. Kiedy w końcu przestałam płakać , wstałam grzecznie z podłogi i ruszyłam za mężczyzną. Był wysoki oraz bardzo umięśniony, miał krótkie włosy o kolorze kasztanowym oraz ciemne zielone oczy które wydawały się być w kolorze trawy. Ubrany był w kombinezon który zakrywal prawie całe jego ciało. Oczywiście był uzbrojony po zęby. W razie jakby przyszło mi do głowy spzeciwienie się, ucieczka lub inny głupi pomysł. Mężczyzna wepchal mnie do małego laboratorium z którego zapach krwi oraz chemikaliów można było wyczuć z bardzo daleka. "Witajcie tortury" pomyślała i weszłamdo środka. Było tam pełno strażników oraz pełno ludzi w białych kitlach uchalapanych gdzieniegdzie krwią. miałam ochotę zwymiotować. Męszczyzna wziął mnie na ręce i podniósł do góry tak aby można mnie było posadzić na dużym metalowym stole do którego byłam przywiazywana grubymi , skórzanym pasami. Kiedy tam sobie leżałam przychodził któryś z tych wariatów i zaczynał zabawę. Tym razem wypadło na panią Melanie Clark. Ona była najnormalniejsza z tych wszystkich psycholi.
-Witaj, Alicjo.-powiedziała z uśmiechem. Nie odwzajemniłam uśmiechu ale również się przywitałam.
-Dzień dobry. A raczej nie dobry. -powiedziałam z przekąsem.- Co za świństwo poda mi pani tym razem?
-Alicjo....Dobrze wiesz że to wszystko dla dobra nauki.
-Tak.Jasne. Tak na prawdę jesteście bandą psycholi którzy próbują zrobić ze mnie maszynę do zabijania poprzez jakieś chemikalia które w magiczny sposób tworzą u mnie jakieś pokręcone moce.
- Nie chce mi się z tobą kłócić Alicjo. Nazywaj to jak chcesz.
- Jesteście nienormalni i tyle. -odpowiedziałam rzucając nienawistne spojrzenie kobiecie.
- No dobrze... jakie umiejętności udało ci się rozwinąć do tej pory?
-Panowanie nad żywiołami.
-Którymi ?
- Wszystkimi. Takie kombo.
-Dalej.
-Umiem bardzo wiele rzeczy. Nie chcę mi się ich wszystkich wymieniać.
-Masz pecha.
-Latanie, telekineza, bardzo wysoka sprawność fizyczna, super siła, panowanie nad krwią, umiem wytworzyć to śmieszne czerwone kółka które wszystko niszczą i jeszcze inne takie pierdoły. Innymi słowy umiem wszystko.
-Więc dlaczego nadal nie uciekłaś?- powiedziała do mnie kobieta uśmiechając się szyderczo. Było to splunięcie prosto w moja wychudzoną twarz.
-Zamknij się. -odpowiedziałam jej wyraźnie wkurzona. Wiedziała dlaczego nie uciekałam. Bo jestem słaba. Po prostu moje moce nie były nawet dobrze rozwinięte i nie umiałam nad nimi zapanować. Po prostu byłam nieudacznikiem.
-Nie martw się Alicjo. Za niedługo nie będziesz już nic czuła. Nic nie będzie Cię boleć . -odpowiedziała podnosząc rękaw od mojej koszuli. Po wewnętrznej stronie lewego przedramienia miałam więcej kropek po ukłuciach niż narkoman który daję sobie w żyłę od kilkunastu lat. Z drugiej strony to samo, lecz ostatecznie strzykawka została wsadzona w prawe przedramię. poczułam jak zalewa mnie fala gorąca a potem jedyne co czułam to ból. Ból, ból, ból i jeszcze raz ból. Darłam się w niebo głosy błagajac w myślach Boga aby mnie ocalił. Co z tego że nawet w niego nie wierzyłam. Zawsze myślałam o tym w ten sposób: Gdyby Bóg istniał , to już dawno by mnieuratował od tych tortur. moja krew zamieniła się w gorąca lawę. Bola mnie każda kończyna. Kazdy mięsień, bez wyjątku. I nagle... coś we mnie pękło. Moje oczy zmieniły zabarwienie z niebieskiego na krwistą czerwień. Blond włosy, stały się śnieżno białe. Z ciała wydobyła się potężna fala mocy. Moje dłonie i stopy zapłonely żywym ogniem. Wydobywał się ze mnie czarny jak smoła dym, który spalał na proch wszytko co weszło z nim w kontakt. W okolicach mostka pojawił się wzór który wygladał jak odwrócony księżyc. MOJE zęby przypominały zęby wampira . Pasy które mnie trzymały doszczętnie spłonęły. rzuciłam się na swoją oprawczynie z zamiarem ogryzienia jej ręki w której miała strzykawkę. Chybiłam. Z hukiem Wylądowałam na podłodze. Ponownie rzuciłam się na kobietę. Tym razem nie chybiłam Dokładnie wycelowałam i przyłożyłam jej płonąca pioąstką w szczenke. Kobieta zajęczała z bólu. Lecz dla mnie to nie był jeszcze koniec. W mojej głowie tliła się jedna myśl. Zabić. Zabić ich wszystkich. Podeszłam do leżącej kobiety i zaczęłam ja okladać. Obok niej była półka na której leżały skalpele oraz strzykawki. chwyciłam za skalpel i wbiłam go kobiecie prosto w serce. Włączył się alarm, który przywołał uzbrojonych po zęby strażników. Otworzyli ogień. Lecz żadna z kul nie trafiała we mnie Błąd. One przelatywały przez moje ciało. Nie powodowały u mnie żadnych choćby najmniejszych obrażeń. Rzuciłam się na grupkę mężczyzn łamiąc im ręce oraz nogi. moje uderzenia zawsze były trafne. Lecz nie byłam jedyną która celnie trafiała. Jeden ze strażników przyłożył mi prawym prostym prosto w szczenkę . ponownie upadłam na zimną posadzkę. Ten sam mężczyzna podbiegł do mnie fundując mi kopniaka prosto w brzuch. Poleciałam jakieś 1,5 metra w przód plując przy tym krwią. Kiedy mężczyzna ponownie do mnie podszedł podcięłam mu nogi. Upadł. szybko wstałam i również oddała mu kopniaka tyle że prosto w twarz, łamiąc mu przy okazji nos. Wyjęłam z za jego pasa pistolet i strzeliłam mu w głowę. Na posadzę rozbryzła się ciepła krew. Rozprawiałam się z wrogami jeden po drugim. Doznawałam przy tym mocnych ran ale starała się uciekać jak najdalej.Adrenalina opadała. Czułam coraz większe zmęczenie. Rany cięte na moim brzuchu zaczynały coraz mocniej krwawic. Ciemny dym zaczął przygasać co jak sądziłam oznaczało koniec mocy. Starałam się uciekać jak najszybciej umiałam. Moje nogi powoli odmawiały posłuszeństwa, ale kiedy się porządnie spięłam działały dalej. Pobiegłam do windy. Wsiadła do niej i odruchowo wcisnęłam byle który guzik. Winda zawiozła mnie na najwyższe piętro budynku. Kiedy weszłam na dach za mną podbiegło tylu strażników i reszty naukowców ile zdołało. Jeden z ludzi w kitlach podniósł dłoń na znak aby reszta jego towarzyszy opuściła broń. musiałam działać szybko. Moje myśli były poplątane. Nie potrafiłam się skupić. Wiedziałam że nie mam szansy walczyć ze wszystkimi. Moje oczy nadal miały kolor czerwony lecz ciemny dym znikł całkowicie. Tak samo jak płomienie które jeszcze kilka sekund temu zdobiły moje dłonie i stopy.Jednym z niewielu plusów było to że spalił obręcze które były źródłem mojej bezsilności. "Myśl! Co w tej sytuacji możesz zrobić?!" Rozpaczliwie zastanawiałam nad odpowiedzią. " Podbiec do drzwi? Nie.Zbyt ryzykowne, złapią mnie. Dalej.co jeszcze możesz zrobić. ?." Az nagle wpadłam na genialny pomysł.Stałam na dachu. Jeżeli podeszłabym powoli do krawędzi mogłabym skoczyć i bezpiecznie wylądować. Przecież potrafiłam latać. Ok, może nie do końca to umiałam ale musiała zaryzykować.
-Alicjo-powiedział do mnie mężczyzna aby zwrócić uwagę na sobie- nie wygłupiaj się i chodź tutaj. Przecież wiesz że nie chcemy zrobić ci krzywdy.- "TAK JASNE.WMAWIAJ SOBIE DALEJ" pomyślałam przelotnie przesuwając swoje stopy ku krawędzi dachu.
-Błagam cię Alicjo. Nie rób niczego głupiego i wróć do nas. Hm? Będziemy cie lepiej traktować. Nawet będziemy cię karmić częściej. -"Cóż za dobroczyńca." Pomyślałam z ironią, nie zatrzymując się. Nie słuchając więcej paplaniny mężczyzny skupiłam swoją uwagę na tym aby polecieć. Budynek na którym stałam miał ponad 20 pięter, wiec miałam czas na to aby podczas spadania aktywować te zdolność. Doszłam do krawędzi i tylko zerknęłam ile mam miejsca do końca krawędzi. Wystarczyły dwa kroki abym spadła i się zabiła. Wzięłam głęboki oddech i spojrzała na mężczyznę który nadal coś do niej mówił. Spojrzała na niego dając mu znak aby zamilkł. -Dzięki za propozycje.-odeszłam jeden krok-Ale raczej nie skorzystam!- krzyknęłam i szybko skoczyłam.
.Leżałam na zimnej podłodze w małym pokoju który cały był biały. Bolała mnie głowa a z dolnej wargi leciała struszka krwi. byłam cała posiniaczona i brudna. Moja dawniej biała koszula zrobiła się ciemno szara oraz dziurawa. Wokół kostek u nóg oraz rąk były obraczki pod napięciem. miałam wtedy około siedmiu lat, bardzo długie blond włosy które były niemalże białe oraz duże lazurowe oczy które miały delikatne fioletowe centki. Po mimo młodego wieku byłam dość wysoka, oraz nie miłosiernie chuda. Można było zobaczyć prawie każdą kość która przebijały się przez moją cienką, bladą oraz bardzo delikatną skórę. leżałam tak przez jakieś 35 minut szlochajac tak mocno że niemalże dławiąc się powietrzem.
-Alicjo.-powiedział ktoś z za drzwi . Był to mężczyzna i pomimo tego że nie podniósł on głosu ze strachu zaczęłam płakać jeszcze bardziej.
-Alicjo!-powiedział juz lekko zirytowany.-Pora na twoje badania, pamiętasz?
Pamiętam. Zawsze o nich pamiętałam. Była to najgorsza rzecz w moim życiu, jak mogłabym o tym zapomnieć?
-Mam nadzieję- kontynuował -że dzisiaj również poradzisz sobie tak samo dobrze, co zwykle. -dokończył wyraźnie zadowolony.
"Co zwykle" czyli inaczej mówiąc: Zapierniczasz w podskokach do labolatorium, tam powstrzykujemy ci kilka bardzo szkodliwych substancji chemicznych które ale cię w jakiś sposób zmutuja albo cię zabiją. Oczywiście nie będzie to robione w delikatny sposób..Lecz w taki abyś aż wiła się z bólu. Poznęcamy się troszkę nad tobą i pozostawiamy ci kilka blizn tak żebyś potem nie mogła się ruszyć. A potem będziesz zdychala z głodu oraz pragnienia. Bo co to za zabawa bez wyrządzenia ci krzywdy?" Tak. To dokładnie oznaczały tamte słowa. Ale nie miałam wyboru. Musiałam pójść z tym człowiekiem. Inaczej moja kara nie skończyła by się tylko na małych blizenkach. znajdowałam się w tym nie normalnym miejscu od ponad 5 lat. Na początku miałam normalną rodzinę jak każdy 2 latek. Lecz pewnego dnia to się zmieniło. Nie pamiętała dokładnie co się wtedy stało. Pamiętałam tylko krew , krzyki i ciemność. Tak wyglądały moje wspomnienia. Nie wiedziałam nawet jak się nazywałam. A że kolorem włosów przypominałam Alicję z książki "Alicja w krainie czarów" takie imię zostało mi nadane. Miejsce w którym się znajdowałam był stary opuszczony szpital który był gdzieś na obrzeżach Londynu. Moje życie to był istny koszmar. Kiedy w końcu przestałam płakać , wstałam grzecznie z podłogi i ruszyłam za mężczyzną. Był wysoki oraz bardzo umięśniony, miał krótkie włosy o kolorze kasztanowym oraz ciemne zielone oczy które wydawały się być w kolorze trawy. Ubrany był w kombinezon który zakrywal prawie całe jego ciało. Oczywiście był uzbrojony po zęby. W razie jakby przyszło mi do głowy spzeciwienie się, ucieczka lub inny głupi pomysł. Mężczyzna wepchal mnie do małego laboratorium z którego zapach krwi oraz chemikaliów można było wyczuć z bardzo daleka. "Witajcie tortury" pomyślała i weszłamdo środka. Było tam pełno strażników oraz pełno ludzi w białych kitlach uchalapanych gdzieniegdzie krwią. miałam ochotę zwymiotować. Męszczyzna wziął mnie na ręce i podniósł do góry tak aby można mnie było posadzić na dużym metalowym stole do którego byłam przywiazywana grubymi , skórzanym pasami. Kiedy tam sobie leżałam przychodził któryś z tych wariatów i zaczynał zabawę. Tym razem wypadło na panią Melanie Clark. Ona była najnormalniejsza z tych wszystkich psycholi.
-Witaj, Alicjo.-powiedziała z uśmiechem. Nie odwzajemniłam uśmiechu ale również się przywitałam.
-Dzień dobry. A raczej nie dobry. -powiedziałam z przekąsem.- Co za świństwo poda mi pani tym razem?
-Alicjo....Dobrze wiesz że to wszystko dla dobra nauki.
-Tak.Jasne. Tak na prawdę jesteście bandą psycholi którzy próbują zrobić ze mnie maszynę do zabijania poprzez jakieś chemikalia które w magiczny sposób tworzą u mnie jakieś pokręcone moce.
- Nie chce mi się z tobą kłócić Alicjo. Nazywaj to jak chcesz.
- Jesteście nienormalni i tyle. -odpowiedziałam rzucając nienawistne spojrzenie kobiecie.
- No dobrze... jakie umiejętności udało ci się rozwinąć do tej pory?
-Panowanie nad żywiołami.
-Którymi ?
- Wszystkimi. Takie kombo.
-Dalej.
-Umiem bardzo wiele rzeczy. Nie chcę mi się ich wszystkich wymieniać.
-Masz pecha.
-Latanie, telekineza, bardzo wysoka sprawność fizyczna, super siła, panowanie nad krwią, umiem wytworzyć to śmieszne czerwone kółka które wszystko niszczą i jeszcze inne takie pierdoły. Innymi słowy umiem wszystko.
-Więc dlaczego nadal nie uciekłaś?- powiedziała do mnie kobieta uśmiechając się szyderczo. Było to splunięcie prosto w moja wychudzoną twarz.
-Zamknij się. -odpowiedziałam jej wyraźnie wkurzona. Wiedziała dlaczego nie uciekałam. Bo jestem słaba. Po prostu moje moce nie były nawet dobrze rozwinięte i nie umiałam nad nimi zapanować. Po prostu byłam nieudacznikiem.
-Nie martw się Alicjo. Za niedługo nie będziesz już nic czuła. Nic nie będzie Cię boleć . -odpowiedziała podnosząc rękaw od mojej koszuli. Po wewnętrznej stronie lewego przedramienia miałam więcej kropek po ukłuciach niż narkoman który daję sobie w żyłę od kilkunastu lat. Z drugiej strony to samo, lecz ostatecznie strzykawka została wsadzona w prawe przedramię. poczułam jak zalewa mnie fala gorąca a potem jedyne co czułam to ból. Ból, ból, ból i jeszcze raz ból. Darłam się w niebo głosy błagajac w myślach Boga aby mnie ocalił. Co z tego że nawet w niego nie wierzyłam. Zawsze myślałam o tym w ten sposób: Gdyby Bóg istniał , to już dawno by mnieuratował od tych tortur. moja krew zamieniła się w gorąca lawę. Bola mnie każda kończyna. Kazdy mięsień, bez wyjątku. I nagle... coś we mnie pękło. Moje oczy zmieniły zabarwienie z niebieskiego na krwistą czerwień. Blond włosy, stały się śnieżno białe. Z ciała wydobyła się potężna fala mocy. Moje dłonie i stopy zapłonely żywym ogniem. Wydobywał się ze mnie czarny jak smoła dym, który spalał na proch wszytko co weszło z nim w kontakt. W okolicach mostka pojawił się wzór który wygladał jak odwrócony księżyc. MOJE zęby przypominały zęby wampira . Pasy które mnie trzymały doszczętnie spłonęły. rzuciłam się na swoją oprawczynie z zamiarem ogryzienia jej ręki w której miała strzykawkę. Chybiłam. Z hukiem Wylądowałam na podłodze. Ponownie rzuciłam się na kobietę. Tym razem nie chybiłam Dokładnie wycelowałam i przyłożyłam jej płonąca pioąstką w szczenke. Kobieta zajęczała z bólu. Lecz dla mnie to nie był jeszcze koniec. W mojej głowie tliła się jedna myśl. Zabić. Zabić ich wszystkich. Podeszłam do leżącej kobiety i zaczęłam ja okladać. Obok niej była półka na której leżały skalpele oraz strzykawki. chwyciłam za skalpel i wbiłam go kobiecie prosto w serce. Włączył się alarm, który przywołał uzbrojonych po zęby strażników. Otworzyli ogień. Lecz żadna z kul nie trafiała we mnie Błąd. One przelatywały przez moje ciało. Nie powodowały u mnie żadnych choćby najmniejszych obrażeń. Rzuciłam się na grupkę mężczyzn łamiąc im ręce oraz nogi. moje uderzenia zawsze były trafne. Lecz nie byłam jedyną która celnie trafiała. Jeden ze strażników przyłożył mi prawym prostym prosto w szczenkę . ponownie upadłam na zimną posadzkę. Ten sam mężczyzna podbiegł do mnie fundując mi kopniaka prosto w brzuch. Poleciałam jakieś 1,5 metra w przód plując przy tym krwią. Kiedy mężczyzna ponownie do mnie podszedł podcięłam mu nogi. Upadł. szybko wstałam i również oddała mu kopniaka tyle że prosto w twarz, łamiąc mu przy okazji nos. Wyjęłam z za jego pasa pistolet i strzeliłam mu w głowę. Na posadzę rozbryzła się ciepła krew. Rozprawiałam się z wrogami jeden po drugim. Doznawałam przy tym mocnych ran ale starała się uciekać jak najdalej.Adrenalina opadała. Czułam coraz większe zmęczenie. Rany cięte na moim brzuchu zaczynały coraz mocniej krwawic. Ciemny dym zaczął przygasać co jak sądziłam oznaczało koniec mocy. Starałam się uciekać jak najszybciej umiałam. Moje nogi powoli odmawiały posłuszeństwa, ale kiedy się porządnie spięłam działały dalej. Pobiegłam do windy. Wsiadła do niej i odruchowo wcisnęłam byle który guzik. Winda zawiozła mnie na najwyższe piętro budynku. Kiedy weszłam na dach za mną podbiegło tylu strażników i reszty naukowców ile zdołało. Jeden z ludzi w kitlach podniósł dłoń na znak aby reszta jego towarzyszy opuściła broń. musiałam działać szybko. Moje myśli były poplątane. Nie potrafiłam się skupić. Wiedziałam że nie mam szansy walczyć ze wszystkimi. Moje oczy nadal miały kolor czerwony lecz ciemny dym znikł całkowicie. Tak samo jak płomienie które jeszcze kilka sekund temu zdobiły moje dłonie i stopy.Jednym z niewielu plusów było to że spalił obręcze które były źródłem mojej bezsilności. "Myśl! Co w tej sytuacji możesz zrobić?!" Rozpaczliwie zastanawiałam nad odpowiedzią. " Podbiec do drzwi? Nie.Zbyt ryzykowne, złapią mnie. Dalej.co jeszcze możesz zrobić. ?." Az nagle wpadłam na genialny pomysł.Stałam na dachu. Jeżeli podeszłabym powoli do krawędzi mogłabym skoczyć i bezpiecznie wylądować. Przecież potrafiłam latać. Ok, może nie do końca to umiałam ale musiała zaryzykować.
-Alicjo-powiedział do mnie mężczyzna aby zwrócić uwagę na sobie- nie wygłupiaj się i chodź tutaj. Przecież wiesz że nie chcemy zrobić ci krzywdy.- "TAK JASNE.WMAWIAJ SOBIE DALEJ" pomyślałam przelotnie przesuwając swoje stopy ku krawędzi dachu.
-Błagam cię Alicjo. Nie rób niczego głupiego i wróć do nas. Hm? Będziemy cie lepiej traktować. Nawet będziemy cię karmić częściej. -"Cóż za dobroczyńca." Pomyślałam z ironią, nie zatrzymując się. Nie słuchając więcej paplaniny mężczyzny skupiłam swoją uwagę na tym aby polecieć. Budynek na którym stałam miał ponad 20 pięter, wiec miałam czas na to aby podczas spadania aktywować te zdolność. Doszłam do krawędzi i tylko zerknęłam ile mam miejsca do końca krawędzi. Wystarczyły dwa kroki abym spadła i się zabiła. Wzięłam głęboki oddech i spojrzała na mężczyznę który nadal coś do niej mówił. Spojrzała na niego dając mu znak aby zamilkł. -Dzięki za propozycje.-odeszłam jeden krok-Ale raczej nie skorzystam!- krzyknęłam i szybko skoczyłam.
czwartek, 2 lipca 2015
"Witamy w Ciel" cz.17
-Dziękuję za wszystko....do zobaczenia unnie.-powiedziała Joy i zniknęła w drzwiach.
*****************************
Po tym zdarzeniu Alice wróciła do pracy tak jak zawsze. A przynajmniej próbowała. Niestety spokoju nie dawała jej pewna osoba.....a nawet 7. Po akcji dla Joy wszyscy się do siebie zbliżyli. Alice najbardziej zbliżyła się do Jimina,J-Hopa i oczywiście Jungkooka. Po jakimś czasie zapomniała całkowicie o swoim kłamstwie. Ale jak wiadomo nie od dzisiaj kłamstwo ma krótkie nogi. Alice pozwala chłopcom używać swojego pokoju do ćwiczeń. Nie chciała wyjść na samolubną. Lecz nigdy nie ćwiczyła przy którymś z nich. Kiedy tylko widziała że ktoś się zbliża automatycznie przestawała. Czy to był taniec czy śpiew. Wolała wszystko zachować dla siebie.
Tym razem Alice miała dzień wolny. Mo Ne stwierdziła że na razie nie ma potrzeby aby Alice cokolwiek robiła bo po pierwsze: miała baaaaaardzo dużo pieniędzy, a po drugie: pracownicy się rozleniwiali i nie chcieli pracować. Alice stwierdziła że skorzysta z tego dnia i pójdzie od razy potańczyć. Z rana zawsze sala była wolna bo te obiboki przeważnie jeszcze spali. Alice założyła na siebie biały sportowy top,wypłowiałą granatową koszulkę z wyciętymi rękawami i kieszonką,szare luźne krótkie dresowe spodenki,białe skarpetki,biało-niebieskie Nike Air Huarache i różowo-turkusową czapkę z Vans. Wzięła jeszcze torbę,przewiązała czarną bluzę w pasie i wyszła.
*****************************
Po tym zdarzeniu Alice wróciła do pracy tak jak zawsze. A przynajmniej próbowała. Niestety spokoju nie dawała jej pewna osoba.....a nawet 7. Po akcji dla Joy wszyscy się do siebie zbliżyli. Alice najbardziej zbliżyła się do Jimina,J-Hopa i oczywiście Jungkooka. Po jakimś czasie zapomniała całkowicie o swoim kłamstwie. Ale jak wiadomo nie od dzisiaj kłamstwo ma krótkie nogi. Alice pozwala chłopcom używać swojego pokoju do ćwiczeń. Nie chciała wyjść na samolubną. Lecz nigdy nie ćwiczyła przy którymś z nich. Kiedy tylko widziała że ktoś się zbliża automatycznie przestawała. Czy to był taniec czy śpiew. Wolała wszystko zachować dla siebie.
Tym razem Alice miała dzień wolny. Mo Ne stwierdziła że na razie nie ma potrzeby aby Alice cokolwiek robiła bo po pierwsze: miała baaaaaardzo dużo pieniędzy, a po drugie: pracownicy się rozleniwiali i nie chcieli pracować. Alice stwierdziła że skorzysta z tego dnia i pójdzie od razy potańczyć. Z rana zawsze sala była wolna bo te obiboki przeważnie jeszcze spali. Alice założyła na siebie biały sportowy top,wypłowiałą granatową koszulkę z wyciętymi rękawami i kieszonką,szare luźne krótkie dresowe spodenki,białe skarpetki,biało-niebieskie Nike Air Huarache i różowo-turkusową czapkę z Vans. Wzięła jeszcze torbę,przewiązała czarną bluzę w pasie i wyszła.
(ja stworzyłam ten outfit więc proszę go nie brać bez pytania)
Kiedy Alice chwyciła za klamkę od pokoju drzwi o dziwu były otwarte.Alice z czystej ciekawości zajrzała do środka.Była ciekawa czy ktoś jest w środku czy po prostu zapomniała zamknąć drzwi. Kiedy ukradkiem zerknęła do środka nikogo tam nie było.Alice poczuła jak ktoś łapie ja za ramię.Powoli się odwróciła. Jej oczom ukazał się cały spocony Jimin.
-Wystraszyłeś mnie!-powiedziała donośnie.Chłopak spojrzał na nią nie wzruszony.-Co tutaj robisz tak wcześnie rano ?-zapytała już normalnym tonem.
-A co mogę tutaj robić? Ćwiczę oczywiście. Czy to nie oczywiste?-zapytał wyraźnie zmieszany.-A ty co tutaj robisz?
-Przyszłam poćwiczyć...
-O tej godzinie?
-Tak.....bo wtedy przeważnie nikogo tutaj nie ma.....
-Jeżeli chcesz to możesz już zacząć ćwiczyć.
-Co? Nie. W porządku. Przyjdę potem.Nie przeszkadzaj sobie.-powiedziała i odwróciła się na pięcie.Znów poczuła na swoim ramieniu dłoń chłopaka.
-W porządku. Przecież cię nie zjem. Wejdź. Ja i tak za nie długo kończę. Przecież możemy poćwiczyć razem,no nie?
-Lepiej nie....-próbowała się wymigać.
-Aish...właź że.-pociągnął ją za sobą i wepchnął do sali.
-Ej!-krzyknęła niezadowolona dziewczyna.
-Zamknij się w końcu. Już mnie głowa boli od tego krzyku.-powiedział lekko,siadając na podłodze.Dziewczyna chwilę stała nie wiedząc co ma robić. W końcu się poddała i również usiadła na podłodze kładąc w koncie swoje rzeczy.Podeszła do wieży w którą był wetknięty pendrive.
-Mogę go wyjąć ?
-Tak,....już skończyłem tak w sumie.
-No to ok.-odpowiedziała dziewczyna wkładając swój.Co mogło by pójść źle?
Jednak jak głosi jedno z praw Murphy'ego : Jeżeli coś może się nie udać – nie uda się na pewno. Jak zwykle Murphy miał rację. Kiedy Alice włożyła swojego pendriv'a z głośników zaczęła lecieć piosenka oczywiście kogo ?
Oczywiście BTS. Było to Danger tak dokładniej. Alice szybko zaczęła ściszać muzykę. Miała cichą nadzieję że Jugkook nie ogarnął czyja to była piosenka.A jak to mawiają: Nadzieja matką głupich.
-Hej.....czy to przypadkiem nie było Danger?-zapytał szybko wstając z miejsca.
-Nie...-odpowiedziała bardzo nieprzekonująco Alice.
-Jestem pewny że tak.
-Przesłyszałeś się.
-Ale jestem pewny że to było..
-Dość. To nie była wasza piosenka. Miałeś sobie stąd iść, co nie?
-Tak...już sobie idę.Jejku...-powiedział zdenerwowany chłopak. Alice czekała aż wyjdzie. Chłopak wziął torbę. Lecz nie swoją. Przez przypadek wziął torbę dziewczyny. Szybkim krokiem podszedł po swój pendrive i wyszedł trzaskając mocno drzwiami.Dziewczyna przez chwilę się zawahała czy za nim nie pójść ale jednak stwierdziła że nie ma takiej potrzeby. W końcu nie zrobiła nic złego. Ale mimo to było jej głupio że odzywała się do niego w taki sposób. "Później go przeproszę" Pomyślała. Alice zaczęła się rozciągać aby nie doznać żadnej kontuzji podczas tańca. Włączyła muzykę. Jako pierwsza leciała piosenka BTOB-You're so fly. Alice zaczęła powoli dopasowywać się do układu. Później wpadła w trans i tańczyła wszystko jakby to była jej piosenka. Później leciało jeszcze kilka piosenek do których Alice znała układy. Alice nigdy nie lubiła jak było łatwo. Więc po 5 piosenkach założyła mikrofon i zaczęła zabójcze combo. Czyli taniec i śpiew. Zawsze starała się wyciągać wszystkie dźwięki.Po kilku piosenkach SNSD znowu leciało BTS. To było Tomorrow. Ta piosenka była dla niej jak bumerang. Za każdym razem kiedy wyrzucała z głowy wspomnienia, wystarczyły pierwsze nuty tej piosenki i wszystko wracało. Alice uspokoiła oddech i usiadła na podłodze. Zaczęła wsłuchiwać się w melodję oraz tekst. Słowa same zaczęły wychodzić z jej ust. Po cichutku zaczęła sobie śpiewać. Niestety emocje przy tej piosence były tak silne że momentalnie zaczęła płakać. Na początku poleciało tylko kilka samotnych łez, lecz po chwili Alice zanosiła się płaczem. Wyłączyła mikrofon i pozwoliła aby łzy płynęły. To wszystko to były emocje nad którymi ona nie umiała zapanować, Położyła się po cichu na ziemi i płakała.
*Z perspektywy Jimina*
Kiedy chłopak wyszedł na zewnątrz od razu ochłonął. Nie wiedział co ma teraz robić więc stwierdził że coś zje. Nie był pewny co powinien zjeść. Obiad czy śniadanie. Wyjął telefon aby sprawdzić która godzina kiedy spojrzał na ekran zobaczył że to nie jest jego telefon. Ani torba.Był już za daleko aby się wrócić i oddać rzeczy więc stwierdził że odda je później.Niestety jak to często bywa ciekawość wzięła górę. Jimin nie mógł się powstrzymać i zajrzał do torby. W środku nie było nic specjalnego. Bidon z zieloną ice tea,ręcznik,oraz jakieś kosmetyki.Zajrzał do telefonu. A przynajmniej próbował. Telefon był na hasło.Więc ostatecznie wrzucił go z powrotem do torby."Lepiej to zwrócę"pomyślał i wrócił do miejsce gdzie ostatnio był. Drzwi były delikatnie uchylone. Z wewnątrz wydobywała się muzyka, Jimin zobaczył jak Alice tańczy oraz śpiewa. Leciała teraz piosenka SNSD-Mr. Mr. Alice z łatwością wykonywała najtrudniejsze punkty choreografii oraz najwyższe dźwięki w piosence."Wow....jest niesamowita."Dziewczyna skończyła i nagle rozbrzmiało Tomorrow."Eh?! Dlaczego?Przecież mówiła że nie słucha naszej muzyki....coś jest nie tak"pomyślał,lecz nadal ze skupieniem obserwował dziewczynę.Nagle usłyszał rzewny płacz.Dziewczyna leżała na ziemi skulona i płakała.Nie wiedział co ma robić. Zostawił dziewczynę w spokoju i zamknął drzwi.Kiedy wyszedł jego telefon niespodziewanie zadzwonił.To był Rap Mon.
-Halo?
-Jimin.Gdzie jesteś?
-Właśnie idę do domu.A co?
-Nic. Po prostu sie zastanawialiśmy gdzie jesteś o tak wczesnej porze.
-Ćwiczyłem. I spotkałem Alice.
-Tak? I co w związku z tym?
-Jest w niej coś dziwnego...
-CO takiego?
-Pogadamy jak wrócę,ok? To nie jest rozmowa na telefon.
-W porządku. No to czekamy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
